Od dawna większość inwestorów chyba nie ma wątpliwości co do tego, że giełda nie jest podwórkiem, na którym bawią się same grzeczne dzieci, nikt się nie bije i nie przezywa, nie giną zabawki i drugie śniadania i nikt po kątach nie pali papierosów. Możemy się pochwalić jedynie tym, że nie było jeszcze na naszym rynku przekrętu na skalę Milikena, Boesky'ego, Leasona czy innych mistrzów gatunku. Małe to jednak pocieszenie i nie świadczy, że panuje tu zastój. Niegdyś głośno było o wszechobecnych niemal spółdzielniach, czasem jakiś makler pograł sobie pieniędzmi klienta bez jego wiedzy, ktoś kiedyś wykorzystał poufne informacje...
Teraz tradycyjne spółdzielnie obumarły, indywidualni spekulanci manipulujący kursami to gatunek bezzębny i znajdujący się niemal na wymarciu i zapewne niedługo doczekamy się objęcia go ochroną lub stworzenia specjalnego rezerwatu. Teraz nadeszła era spekulantów instytucjonalnych.
Ci są o wiele bardziej groźni, bo działają na większą skalę i w sposób znacznie bardziej wyrafinowany. Wspomagani zespołami prawników, wykorzystują wszelkie luki w przepisach. Sytuacja jest tym bardziej skomplikowana, że jeśli nie mamy do czynienia z ewidentnymi przypadkami złamania prawa - a tak najczęściej bywa - o wiele trudniej jest organom nadzoru walczyć z potężnymi instytucjami finansowymi niż z drobnymi indywidualnymi "macherami". Nikła skuteczność KPWiG oraz wymiaru sprawiedliwości spada w tym przypadku niemal do zera.
Mamy więc do czynienia z dwoma interesującymi zjawiskami. Po pierwsze, Komisji - która przez wiele lat budziła postrach, szczególnie wśród maklerów, biur maklerskich, emitentów i inwestorów instytucjonalnych - obecnie nie boi się już chyba nikt. I dzieje się tak mimo usilnych starań o zwiększenie jej uprawnień, doskonalenia procedur monitorowania tego, co dzieje się na rynku, współpracy z prokuraturą, tworzenia specjalnych wydziałów itp. Po drugie, źródłem generującym największą liczbę podejrzanych transakcji, operacji i mocno kontrowersyjnych poczynań stali się właśnie inwestorzy instytucjonalni. A przecież ich szerszej obecności na naszym rynku tak bardzo oczekiwali przedstawiciele GPW i KPWiG. Tak więc stabilizujący wpływ inwestorów instytucjonalnych okazał się kolejnym mitem.
W opiniach wielu indywidualnych inwestorów oraz niezależnych analityków od dłuższego już czasu nasz rynek określany bywał mianem szulerni. Wykorzystywanie poufnych informacji to norma, manipulowanie kursami to codzienna praktyka funduszy, dorabianie na boku na kontraktach terminowych przez zarządzających funduszami (za pośrednictwem znajomych), naciąganie i krzywdzenie "drobnicy" przez spółki i ich największych akcjonariuszy - to stały repertuar zarzutów. Wiele z nich zdawało się być widocznych jak na dłoni. PARKIET pisał o tym wielokrotnie. Wystarczy spojrzeć na tytuły z kilku ostatnich miesięcy: "Inwestorzy finansowi dbają o wycenę", "Kursy zawyżane i bronione", "Picownicy w akcji", "Tajemny krąg", "Sterowany rynek", "Podejrzane transakcje na kontraktach", "Podejrzane transakcje funduszy emerytalnych". To tylko te "najgrubsze" sprawy.