W latach sześćdziesiątych ubiegłego stulecia wśród traderów dość duże sukcesy odnosiła grupa zwana Żółwiami (pisze o nich m.in. Van Tharp w swej książce "Giełda, wolność i pieniądze"). Osiągali oni spore zyski, stosując strategię gry zgodnie z trendem, szczególnie, jeśli udało się im "złapać" naprawdę długi i dynamiczny ruch.
Sygnał kupna akcji lub innych walorów (Żółwie działali przede wszystkim na rynkach towarowych) stanowiło dla nich pokonanie przez kurs najwyższego poziomu w określonej jednostce czasu. Mówiąc językiem analizy technicznej, stosowali jako wskazówkę do zaangażowania środków wybicie z kanału, co, tłumacząc na ludzki język, oznacza, że kupowali akcje, gdy ich kurs przekroczył poziom maksimum z określonej liczby sesji. Początkowo stosowali horyzont dwudziestu sesji (kupno, gdy kurs osiągnął poziom najwyższy od dwudziestu sesji), jednak stopniowo wydłużali ten okres do czterdziestu, stu, a nawet więcej sesji. Okazało się bowiem, że na rynkach, na których działali, ceny walorów po osiągnięciu dwudziestosesyjnego maksimum często dość silnie spadały. Efekt ten był wykorzystywany przez krótkoterminowych spekulantów, a stosowaną przez nich metodę nazwano strategią zupy z żółwia.
Niestety, z dość oczywistych względów nasze żółwie, czyli OFE ,metody wybicia z kanału zastosować nie mogą, a krótkoterminowi spekulanci chcąc pożywić się zupą, muszą wykazywać się nie lada zręcznością. Zadowoleni są nieliczni, większość indywidualnych inwestorów zaś złorzeczy "ofermom", być może dlatego, że nie może zidentyfikować cyklu występującego na rynku i odpowiednio się "wstrzelić" w jego rytm. Może jednak zamiast często bezskutecznego i stresującego polowania na zupę z żółwia, pokusić się o jeszcze bardziej pożywny pasztet?
Na w pełni dojrzałych rynkach, na których panuje względna równowaga grup inwestorów, a więc gdzie żadna z nich nie ma pozycji dominującej, skuteczne stosowanie strategii żółwia jest dość proste, nawet dla największych graczy. Jednak na warszawskiej giełdzie fundusze emerytalne same w dużej mierze wyznaczają trendy (szczególnie w przypadku mniejszych firm) i przystępując do zakupów akcji poszczególnych spółek, powodują powstawanie sygnałów kupna, które tym samym są dla nich bezużyteczne.
Wydawałoby się więc, że z takiej sytuacji powinni być niezwykle zadowoleni mniejsi gracze, z łatwością wykorzystujący sygnały "wysyłane" przez OFE. Wszak dokonywane przez nie zakupy powinny skutkować zupełnie wyraźnymi "wybiciami z kanału", zachęcającymi do rozpoczęcia uczty, dającej komfort korzystania z dobrodziejstw inwestowania zgodnie z trendem. Działanie powinien im dodatkowo ułatwiać dość dobrze podobno rozpoznany mechanizm przepływu składek z ZUS do funduszy i schematyczne zachowanie zarządzających nimi, polegające podobno na natychmiastowym przystępowaniu do zakupów akcji przy wykorzystaniu szczególnie popularnych w ich gronie zleceń Po Każdej Cenie (moim ulubionym komentatorom, którzy z tak dużym znawstwem rozpoznają styl działania OFE, chciałbym zwrócić uwagę na to, że zlecenie PKC ma tę cechę, że musi być wykonane natychmiast i w całości, jeśli więc w momencie, gdy trafia ono na giełdę, po przeciwnej stronie nie ma odpowiedniej liczby zleceń do jego pełnej i natychmiastowej realizacji, następuje zawieszenie notowań i równoważenie rynku; jeśli więc OFE tak powszechnie stosowałyby zlecenia PKC, to znacznie częściej mielibyśmy do czynienia z równoważeniem rynku, co z pewnością byłoby doskonale widoczne).