Sprzedaż spadła o 66%, do 90 tysięcy rocznie i - co gorsza - auta Hyundaia stały się przedmiotem kpin. W czasie zimowej olimpiady z 1998 r. telewizyjny komik Jay Leno porównywał je do jednoosobowych saneczek . - Ciasno w tym, trzeba popchnąć, żeby ruszył, a jedzie tylko z górki - mówił Leno. Analitycy zaczęli już głosić podzwonne dla Hyundaia w Stanach Zjednoczonych.

Okazało się jednak, że tym razem się pomylili. Finnbar O`Neill, prezes Hyundai Motor America, chcąc utrzymać firmę na powierzchni, dawał 10-letnie gwarancje na silniki, najdłuższe w całej branży. Naciskał swoich szefów w Korei Południowej, by dostarczali coraz lepsze pojazdy, w tym sedany po 24 tys. USD i półsportowe auta po 20 tys. USD.

Jego wysiłki zaczęły przynosić owoce i w 2001 r. amerykańscy kierowcy wyżej ocenili Hyundaia niż jakikolwiek inny zagraniczny samochód - poza lexusem Toyoty.

Hyundai i Kia Motors, w którym Hyundai ma 36,3% udziałów, w ub.r. sprzedały w USA 569 956 samochodów, a więc o 41% więcej niż rok wcześniej. Dało im to łącznie 3,3-proc. udział w amerykańskim rynku. Sukces O`Neilla bierze się między innymi stąd, że oferuje on nowe samochody 40 milionom Amerykanów, którzy co roku kupują używane auta. Jego amerykańscy i japońscy konkurenci lekceważą takich klientów, koncentrując się na drogich furgonetkach i wozach sportowych. - Hyundai z nikim nie konkuruje - powiedział agencji Bloomberga Dan Luria, analityk z Michigan Manufacturing Technology Center. - Ten rynek jest ich - dodał.

Hyundai jest największym koreańskim producentem samochodów. W 2001 r. jego zysk netto wzrósł o 74%, do 882,3 mln USD, przy wzroście przychodów o 23%, do 16,97 mld USD.