Myślicie Państwo, że tylko u nas szok wywołuje wysokość zarobków menedżerów? Nic bardziej mylnego. Spójrzmy na USA. Oto ponoć najbardziej efektywny rynek pracy na świecie i dysponujący sporymi przecież tradycjami inwestorzy pozwalają na niesamowite harce. Pożywką do dworowania sobie z rozrzutności amerykańskich akcjonariuszy są dane przekazywane przez "BusinessWeek". Taki np. Lawrence Ellison, szef giganta Oracle, za poprzedni rok - wykorzystując wehikuł opcji menedżerskich - otrzymał - bagatelka - ponad 700 (słownie: SIEDEMSET) milionów dolarów. Czyli jakieś TRZY MILIARDY złotych. Dwa miliony "zielonych" dziennie. Szacunek. Bo przecież to wiele więcej niż czysty zysk dziesiątek polskich firm giełdowych razem wziętych (i to całkiem sporych!). Dzieje się to w czasie, gdy Oracle po raz kolejny nie może zrealizować prognozowanych wyników, a kurs akcji jest o niemal trzy czwarte niższy niż półtora roku temu...
Wielu innych menedżerów - choć wycenianych kilkakrotnie niżej - zarobiło po kilkadziesiąt albo i nawet sto kilkadziesiąt milionów dolarów.
Poza blichtrem i rozpasaniem - tak charakterystycznym (niestety!) dla wielu firm sukcesu - powinno być chyba jeszcze coś takiego jak PRZYZWOITOŚĆ. A astronomiczne uposażenia, na dodatek nie bardzo związane z wynikami, są zwyczajnie nieprzyzwoite. Poza tym to przecież akcjonariusze, a nie menedżerowie, powinni być świętymi krowami. Bo to ich pieniędzmi się gospodaruje.
Żeby wszystko było jasne - jeśli właściciel ma takie widzimisię, niech płaci, ile mu się żywnie podoba. Nawet idiotom i urodzonym bajerantom.