Wczorajsza sesja mogła rozczarować chyba każdego. Po tak silnym wzroście w USA można było się spodziewać czegoś ciekawszego. Była szansa na wyrwanie rynku z marazmu. Jeden większy ruch popytu, a potem poszłaby fala domina. Popyt sam by się napędzał, a właściciele krótkich pozycji ucinaliby straty, padłyby sygnały techniczne wybicia z konsolidacji.

Można tylko pomarzyć. By taki scenariusz się zrealizował, musi znaleźć się ktoś, kto wykona pierwszy atak, ktoś, kto pierwszy przystąpi do zakupów. Wczoraj, niestety, taki lider się nie znalazł. Początek notowań jeszcze dawał słabą nadzieję, gdyż zarówno kontrakty, jaki i kasowy rozpoczęły notowania na nieznacznych plusach. Ten brak spodziewanego optymizmu rozczarował część graczy, którzy przystąpili do sprzedaży. Kurs serii czerwcowej szybko zaliczył spadek do 1344 pkt. Poziom ten prawie do końca sesji był minimalny, a przez resztę notowań nie udało się od niego zbytnio oddalić.

Wpadliśmy w konsolidację, z której nie wybiły nas nawet dane w USA. Efektem tego stanu rzeczy jest brak istotnych zmian w sytuacji technicznej wykresu kontraktów. Nadal poruszamy się w bok. Marazm wyraźnie zbliżył średnią do wykresu cen. W tej chwili trudno uważać sygnały z niej płynące za wiarygodne. Zarówno w średnim, jak i krótkim terminie najlepszym wyjściem jest przeczekanie poza rynkiem. Kto już posiada otwarte pozycje, nie musi ich zamykać do chwili wystąpienia wyraźnych sygnałów wybicia z konsolidacji. Szkoda nerwów i czasu na łapanie kilku punktów. Jedyną pociechą jest fakt, że zwykle po takich trendach bocznych pojawiają się te właściwe (wzrostowe bądź spadkowe - dla nas to bez znaczenia), które dają sposobność do zarobku. Oby stało się to jak najszybciej.