- No to będzie obniżka czy nie? - to najczęściej pojawiające się pytanie podczas rozmów między inwestorami. Poniedziałek przyniósł kilka nowych faktów, żaden nie był jednak na tyle znaczący, aby doprowadzić do większych zmian kursu złotego.
Rano pojawiła się informacja, że przebywający w USA Leszek Balcerowicz za warunek cięcia stóp procentowych uznaje trwałe obniżenie inflacji. - No to cięcia raczej nie będzie. Przecież wszyscy wiedzą, że w drugiej połowie roku inflacja wzrośnie - oznajmili sceptycy. Nawet dane o inflacji bazowej nie miały dla nich większego znaczenia. - Owszem, mamy spadek wszystkich wskaźników, ale i tak najważniejszy, czyli inflacja netto, jest większy od CPI - dowodzili.
Parę godzin później opublikowano informację o sprzedaży detalicznej w marcu. Wzrosła ona o 9,9%, czyli bardziej, niż w lutym (6,7%). Sceptycy (w kwestii obniżki) zacierali ręce, ale złoty ani drgnął. Optymiści wskazywali, że owszem jest wzrost, ale w znacznej mierze wynika on ze wzrostu sprzedaży żywności i napojów, co może mieć związek ze świętami Wielkiej Nocy.
Wreszcie po południu ukazała się wypowiedź Grzegorza Wójtowicza, członka RPP, że inflacja ustabilizowała się na poziomie 3,5% rok/rok. A więc jednak obniżka! Do takiego wniosku można by w każdym razie dojść, konfrontując wypowiedź Wójtowicza z wypowiedzią Balcerowicza. Tyle tylko, że Wójtowicz zazwyczaj głosował za redukcjami stóp, stąd nic jeszcze nie jest pewne. Czekamy do czwartku.
Ponieważ nie było zmian co do oczekiwań związanych z decyzją Rady, rynek złotego zamarł. Dolar właściwie przez cały dzień kosztował 4,04 zł, euro zaś 3,59 zł. Odchylenie od starego parytetu wynosiło 11,7%.