Reklama

Nie licz na intuicję

Celem naszego pojawienia się na rynku kapitałowym, a w szczególności na rynku kontraktów terminowych jest osiągnięcie zysku. To wydaje się zrozumiałe. Nikt, kto dysponuje swoimi zasobami, nie chce przecież ich stracić, a jeśli nawet, to są na to przyjemniejsze sposoby. Nie jest też tajemnicą, że osiągnięcie zysku nie jest sprawą łatwą. Tylko nielicznym udaje się utrzymać na rynku przez dłuższy czas, a jeszcze mniej jest takich, którym udaje się utrzymywać tylko z inwestowania.

Publikacja: 23.04.2002 09:17

Gdzie tkwi tajemnica powodzenia tej małej grupy ludzi? Czym się kierują przy podejmowaniu decyzji? No i dlaczego jest ich tak mało?

Metoda

- warunek konieczny sukcesu

Główna przewaga doświadczonych inwestorów nad pozostałą grupą uczestników rynku tkwi w konsekwencji jeśli chodzi o realizację opracowanych wcześniej założeń własnej metody inwestycyjnej. Gracz, któremu się udaje, nie porusza się po omacku. Nie składa zleceń na podstawie "cynków" od kolegi bądź zasłyszanych informacji. Powodem naciśnięcia "kup" lub "sprzedaj" nie są emocje związane z nagłym wahaniem rynku. Podstawą podjęcia decyzji inwestycyjnej jest opracowany wcześniej plan działania. Kiedy gracz otwiera pozycję, to wie, dlaczego robi to teraz, wie kiedy tę pozycję zamknie oraz wie, dlaczego otwiera akurat tyle kontraktów, a nie mniej lub więcej. Wie, gdyż przed złożeniem zlecenia przemyślał wszystkie te elementy.

Trzeba sobie zdawać sprawę, że aby zaistnieć na rynku na dłuższą metę, niezbędne jest posiadanie planu działania. Gdy go nie mamy, liczymy na intuicję bądź szczęście. Tego pierwszego trudno się doszukać u początkujących graczy. "Czucia" rynku można zaznać po wielu latach bytności na nim, a i tak trudno jest na tej podstawie osiągnąć zadowalające efekty. Zresztą nie wszyscy adepci sztuki inwestowania posiądą tę tajemniczą umiejętność wyczuwania nastrojów. Nie liczmy więc na intuicję, zwłaszcza na początku swojej przygody z rynkiem kontraktów. Paradoksalnie, by zaufać intuicji, musimy posiadać spory staż, a by takim się pochwalić, musimy być na rynku od dłuższego czasu, a to z kolei nie jest możliwe bez stałej metody działania.

Reklama
Reklama

Skoro przy podejmowaniu decyzji inwestycyjnych plan działania jest tak ważnym elementem, to można się zastanawiać, jak skomplikowany musi być proces jego powstawania. Dlaczego tylko nielicznym udaje się wygrać, skoro spora grupa inwestorów porusza się po rynku biorąc pod uwagę sygnały płynące z analizy technicznej czy też z innych źródeł. Czy te "trafne" sygnały pochodzą z jakichś tajemnych, opracowanych we własnym zakresie i nikomu nie znanych narzędzi? Nie tu tkwi przewaga wygrywających. Narzędzia mają oczywiście swoje znaczenie, ale najpoważniejszą bronią doświadczonych inwestorów jest fakt, że opracowana przez nich strategia, oparta nawet na najprostszych założeniach, przystaje do ich możliwości oraz temperamentu, a to prowadzi do tego, że gracze trzymają się jej konsekwentnie. To jest sedno całej sprawy. Posługując się językiem matematyki, posiadanie metody jest warunkiem koniecznym odniesienia sukcesu na rynku. Koniecznym, ale nie wystarczającym. Takim warunkiem wystarczającym jest konsekwencja w "słuchaniu" się sygnałów płynących z naszej metody. Jeśli będzie ona przemyślana i jej warunki będą odpowiadać naszym możliwościom czasowym, kapitałowym i tzw. mentalnym, to znakomicie ułatwi nam to późniejszą praktyczną jej realizację.

Mamy więc dwa warunki, których spełnienie daje możliwość uzyskiwania zysków na rynku. Jednym jest opracowanie własnej strategii inwestycyjnej, a drugim jej konsekwentna realizacja. Dwa etapy: teoretyczny i praktyczny. Każdy posiada swoje pułapki i niebezpieczeństwa, które będziemy starali się ominąć.

Opracowanie własnej strategii inwestycyjnej polega na zbudowaniu narzędzia, które będzie nam wskazywało, kiedy mamy wejść na rynek i z jakim kapitałem oraz kiedy ten rynek opuścić. Strategia musi nam określić wstępne warunki, jakie powinny być spełnione, by w ogóle się danym rynkiem zainteresować, następnie określić szczegółowe warunki otwarcia pozycji (sygnał wejścia), już przy otwieraniu pozycji wskazać warunki zamknięcia pozycji (sygnał wyjścia) oraz oznaczyć liczbę otwieranych kontraktów (wielkość pozycji).Trzy rodzaje ograniczeń

Na początek musimy ustalić warunki wstępne, jakie muszą być spełnione, by na danym rynku operować. Mam tu na uwadze ograniczenia prawne, organizacyjne oraz kapitałowe. Biorąc pod lupę aspekt prawny, obecnie polski gracz musi się faktycznie ograniczyć do kontraktów notowanych na GPW (z których najpłynniejszym jest kontrakt na WIG20), WGT oraz instrumentów pochodnych, których obrót odbywa się za pośrednictwem banków (np. kontrakty walutowe, NDF). Obecnie operowanie na rynkach zagranicznych jest dosyć utrudnione, ale, zgodnie z planami, od października ma się to zmienić. Czy zmieni to także możliwości naszych graczy? Chyba nie w takim stopniu, jak się powszechnie uważa. Trzeba bowiem pamiętać, że oprócz ograniczeń prawnych (tutaj dochodzi też aspekt podatkowy), mamy także dwa pozostałe typy ograniczeń.

Ograniczenia organizacyjne rozumiem jako łatwość operowania na danym rynku, a więc chodzi tu o dostęp do danych, sposób składania zleceń, płynność rynku itp. To w znacznym stopniu zawęża możliwości. Z szerokiego ich wachlarza, jaki np. daje nam GPW, tylko kilka kontraktów jest na tyle płynnych, by pokusić się o zawarcie na nich transakcji. Niestety, pod względem płynności oraz innych aspektów technicznych najdogodniejsze nadal są kontrakty na WIG20. Niestety, gdyż skazanie się na jeden rynek powoduje, że jesteśmy w dużym stopniu uzależnieni od kaprysów koniunktury. I nie chodzi tu o wzrost czy spadek kursów, bo to jest nam zupełnie obojętne, ale o fakt, że rynek może poruszać się także w bok, a wtedy jesteśmy praktycznie pozbawieni możliwości zarobkowania. Wobec tego gracze powinni starać się poszerzać listę rynków, na jakich działają (na ile to oczywiście możliwe). Najlepiej, by były to rynki mało ze sobą skorelowane. Wtedy marazm na jednym z nich nie stoi na przeszkodzie, by na innym panował silny trend.

Kolejne ograniczenia związane są z posiadanym przez nas kapitałem. Wiele rynków to wiele depozytów, a więc więcej wymaganych środków na inwestycje. Można wyróżnić dwie skrajne sytuacje: osoby mającej spory zasób gotówki, dla której właściwie każdy rynek stoi otworem, oraz osoby dysponującej raczej skromnymi środkami. Każda z nich ma oczywiście szanse na sukces, ale każda musi znać swoje ograniczenia. Trudniej jest osobie ze skromnym portfelem. Ograniczenie kapitałowe zawęża pole manewru do rynków, których depozyty są określone na stosunkowo niskich poziomach oraz których zmienność jest na tyle mała, by kilka błędnych decyzji nie doprowadzi inwestora do bankructwa. Biorąc pod uwagę te trzy ograniczenia oraz fakt, że jednak przeciętny polski gracz nie dysponuje wielkimi środkami, nie pozostaje nam wiele do wyboru. Skupmy się więc na razie na kontraktach na WIG20 jako tych, do których mają dostęp niemal wszyscy chętni do operowania na rynku terminowym, niezależnie od wielkości posiadanych środków. Gdy opracujemy pewną metodę na tym rynku, będziemy mogli zabrać się za kolejne kontrakty.

Reklama
Reklama

Wejście

Ustaliliśmy ograniczenia wstępne. Teraz pora na ustalenie trzech zmiennych naszego systemu. Momentu wejścia, wyjścia i wielkości pozycji. Zacznijmy od problemu sygnału wejścia na rynek. Przez wielu graczy jest on uważany za kluczowy dla powodzenia inwestycji. Istnieje przeświadczenie, że dobre wejście daje pewność sukcesu. Opracowując metody poruszania się na rynku, gracze często skupiają się właśnie na tej części systemu, zapominając, że jest tych części więcej. Problem wejścia jest poruszany przez większość podręczników giełdowych. Pod kątem sygnałów wejścia są przedstawiane różne narzędzia, mające pomóc przy podejmowaniu decyzji. Kilka dostępnych programów do analizy technicznej posiada rozbudowane segmenty do tworzenia systemów inwestycyjnych. Tutaj także kładzie się nacisk na sygnał wejścia. Takie podejście może być nieco mylące i często kierunkuje poszukiwaczy metody na błędne tory. . Jeśli nie ma się świadomości, że wejście to nie wszystko, można wpaść w pułapkę ciągłego poszukiwania idealnego systemu, który będzie dawał sygnały kupna w dołkach, a sygnały sprzedaży na samych szczytach

Ba, mając dane historyczne można za pomocą wspomnianych programów znaleźć taki układ wskaźników, który w przeszłości faktycznie "łapał" większość ekstremów. Mowa tu o tzw. optymalizacji, czyli takim doborze wartości dla różnych wskaźników, by wynik generowanych przez nie sygnałów był jak najwyższy.

Trzeba jednak sobie zdawać sprawę, że mówimy o danych historycznych. Nie ma żadnej gwarancji, że wypluty przez komputer system będzie przynosił efekty w przyszłości. Kierując się praktyką, można nawet stwierdzić, że jest wielce prawdopodobne, iż osoba, która będzie się kierować takim systemem, szybko znajdzie się poza rynkiem. Czy nie należy więc korzystać z optymalizacji? Należy korzystać, ale także należy sobie zdawać sprawę, jakie ona niesie pułapki i jak je omijać.

W literaturze dotyczącej opracowywania strategii inwestycyjnych panuje rozbieżność co do wagi samego sygnału wejścia na rynek. Mimo to autorzy zgodnie twierdzą, że nie na samym wejściu należy oprzeć swoją strategię. Zdarzają się opinie, że sygnał wejścia na rynek jest w strategii najmniej ważnym elementem. Dochodzi nawet do tego, że padają tezy, by w ogólne pominąć ten element i zmienić go na losowy generator sygnałów. O zyski powinna zadbać dokładnie opracowana metoda wyjścia z rynku oraz metoda zarządzania wielkością pozycji. Cóż, intuicyjnie trudno jest uznać takie podejście za zasadne, ale wyniki testów dają do myślenia. Trudno mi się pogodzić z taką tezą i choćby dla samego komfortu psychicznego także dbam o sygnał wejścia. W końcu ten komfort jest właśnie najważniejszy, bo ułatwia konsekwentne "słuchanie" wskazań systemu.

Wyjście

Reklama
Reklama

Drugim elementem strategii jest określenie momentu wyjścia z wcześniej otwartej pozycji. W literaturze przypisuje się mu bardzo istotne znaczenie. Aby to wyjaśnić, uściślijmy, że w praktyce mamy do czynienia z dwoma typami wyjścia z rynku. Pierwszym jest wyjście w sytuacji, gdy otwarta przez nas pozycja nie zarabia bądź traci. Drugim rodzajem jest wyjście z rynku, gdy nasza pozycja zarabia i mamy zamiar ją zamknąć, gdyż obawiamy się o osiągnięte zyski. Sygnał wyjścia z rynku jest zwykle dość niewygodny dla początkujących poszukiwaczy własnej metody. Gdy trwają prace nad systemem, często okazuje się, że wprowadzenie sygnału wyjścia "psuje" wynik. Przed jego wprowadzeniem mam 5000 pkt. zysku na kontrakcie, a po wprowadzeniu tylko 4000 pkt. Jaki jest więc sens, by ten element w ogóle się pojawił? Chodzi o kontrolę ryzyka. Przy otwarciu pozycji od razu określamy, kiedy ją zamkniemy, gdyby wejście okazało się błędne oraz jakie warunki muszą zajść, by ją zamknąć, gdy przyniesie zysk. Z góry wiemy, ile możemy na tej transakcji stracić oraz wiemy, że nie będziemy działać zbyt pochopnie gdyby rynek szedł "w naszą stronę". Ustalenie warunków wyjścia z rynku to praktyczne zastosowanie starej zasady "ucinaj straty, pozwól zyskom rosnąć". No więc co z tym wynikiem? Przy badaniu strategii jako całości nie sam wynik jest najważniejszy. Oczywiście, nie bagatelizujmy go, ale jego wysokość należy zawsze odnieść do ponoszonego ryzyka, a miarą tego ryzyka jest gładkość krzywej kapitału, czyli wykresu skumulowanego wyniku naszej strategii. Wprowadzenie przemyślanych sygnałów wyjścia z rynku zwykle wygładza tę krzywą, a więc i zmniejsza ryzyko strategii.

Wielkość pozycji

Trzecim elementem naszego systemu jest sposób na określenie wielkości zajmowanej pozycji. Jeśli już wiemy, kiedy wchodzimy na rynek oraz kiedy z niego ewentualnie wyjdziemy, warto się zastanowić, jak "mocno" na ten rynek wejdziemy. Czy otworzymy jeden kontrakt czy może 10, a może 100? Oczywiście, wszystko zależy od wielkości posiadanego kapitału, ale zastanówmy się, ile otworzymy kontraktów posiadając, powiedzmy, 10 tysięcy złotych? Tyle, na ile pozwala nam depozyt (ulubiony sposób początkujących graczy)? A może dojdziemy do wniosku, że ta suma w ogóle w danej chwili nie pozwala na otwarcie nawet jednej pozycji.

Przy określaniu liczby kontraktów bierzemy pod uwagę nie tylko wielkość kapitału, ale także wielkość ryzyka, jakie jesteśmy w stanie zaakceptować. Wiele osób praktycznie zajmujących się opracowywaniem strategii inwestycyjnych właśnie ten element uważa za kluczowy oraz nie doceniany przez inwestorów, gdyż to właśnie wielkość pozycji w bezpośredni sposób wpływa na ostateczny wynik naszych zmagań z rynkiem. Jak wygląda inwestor, który mając otwartą pozycję na jednym kontrakcie zarobił 50 pkt., by drugiego dnia stracić 10 pkt., a jak wygląda inwestor, który w tych samych warunkach rynkowych zyskał 50 pkt. na pozycji z jednym kontraktem, ale stracił 10 pkt. na pozycji z pięcioma kontraktami?

Metoda na długi pobyt na rynku to kompilacja trzech elementów: sygnału wejścia, wyjścia oraz wielkości pozycji. Każdy z nich to temat do wielu długich rozważań i dyskusji. Każdy z nich musi być tak dobrany, by idealnie pasował do stosującego go gracza. Efektem będzie zaufanie do własnej strategii, a więc i do jej konsekwentnego stosowania.

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama