Złe dane o produkcji przemysłowej doprowadziły do wzrostu wartości złotego, ale był on krótkotrwały. Inwestorzy dość otwarcie zaczynają mówić o tym, że już w przyszłym tygodniu Rada Polityki Pieniężnej może dokonać cięcia stóp o 50 punktów bazowych lub nawet więcej. W takiej sytuacji nie dziwi skok cen obligacji skarbowych. Tym torem podążył również złoty. Przynajmniej rano. Wzrost popytu na papiery pociągnął za sobą wzrost wartości polskiej waluty. To właśnie dlatego zaczynaliśmy transakcje z poziomów 4,085 zł za dolara i 3,75 zł za euro, czyli z 9,15% odchylenia od starego parytetu. Potem jednak sytuacja się zmieniła. Około południa zaczęła przeważać podaż, a o 13.00 wróciliśmy na poziomy, które obowiązywały przed danymi o produkcji. Za dolara płacono 4,105 zł, za euro 3,77 zł, odpowiadało to 8,7-proc. odchyleniu od starego parytetu. Dlaczego? Wygrała obawa przed angażowaniem się na rynku walutowym, związana z jego dużą nieprzewidywalnością. Gdyby miało dojść do interwencji, czego tak naprawdę w stu procentach wykluczyć się nie da, cały zysk ze spekulacji pod obniżkę mógłby zostać zaprzepaszczony. Notowania kończyliśmy na 4,11 i 3,77, a więc na 8,6%.

Ci, którzy obserwują bacznie sytuację w polskiej gospodarce (nie tylko rynki finansowe), będą teraz z niecierpliwością oczekiwać na kwietniowe dane o rachunku obrotów bieżących. W ostatnim czasie pojawiło się szereg przesłanek świadczących o tym, że popyt wewnętrzny w Polsce nieco wzrósł. Tymczasem zanotowaliśmy wyraźny spadek produkcji. O co więc chodzi? Być może odpowiedzią będą słabe dane o eksporcie. Jeśli tak, to trudno oczekiwać, aby rząd zrezygnował z próby obniżenia kursu złotego.