"Entliczek, pentliczek, czerwony guziczek, na kogo wypadnie na tego bęc" - to słowa starej wyliczanki, którą już w przedszkolu stosują dzieci bawiące się w chowanego. Ten, na którego wypadnie, musi szukać i dobrze, jeśli znajdzie. Jeśli nie, jest pokonanym gapą, tracącym na wartości wśród pozostałych uczestników zabawy.
Ta zabawa idealnie obrazuje to, co się dzieje ostatnio z resztówkami Skarbu Państwa. A zabawa ta bardzo podoba się obecnemu ministrowi skarbu (rzadziej, ale także w ten sposób bawili się jego poprzednicy), który, gdy tylko ma problemy z dokapitalizowaniem państwowych, często kulejących finansowo firm, po prostu staje na środku placu i zaczyna wyliczankę. A ma kogo odliczać, bo w jego gestii znajdują się tzw. resztówki, czyli pozostałe, nie "sprywatyzowane" akcje w około 60 giełdowych spółkach i 700 niepublicznych przedsiębiorstwach.
Tak się jednak dzieje, że minister odlicza tylko giełdowe firmy, bo tam ma pakiety już wycenione przez rynek i łatwo mu policzyć, jaką kwotą daną państwową spółkę może dokapitalizować. Wytypowani nie komentują wyborów ministra, bo przecież nie wypada. Dobrze jednak wiedzą, że nie jest to radosna wiadomość, gdyż negatywnie wpływa na kurs giełdowej firmy. "Trafienia" boją się też inwestorzy. Zwłaszcza ci, którzy posiadają papiery wytypowanej spółki lub grają na kontraktach terminowych na jej akcje. Wiadomość o potencjalnej dodatkowej podaży może odbić się wymiernie na ich portfelach, co dobitnie pokazały spadki na akcjach TP SA (-4,5%) i Orbisu (-6,6%), po ujawnieniu na początku maja zamiaru dokapitalizowania ich papierami Banku Gospodarstwa Krajowego i BGŻ. Spadku kursu nie powstrzymały deklaracje wicepremiera Marka Pola, że papiery te będą upłynniane "odpowiedzialnie", tak by nie zachwiać kursem.
Ja rozumiem argumenty zwolenników, że: 1) takie dokapitalizowanie jest efektywne i niewiele kosztuje w przeciwieństwie do sprzedaży resztówki w ofercie publicznej 2) gotówka z oferty publicznej trafiłaby do "garnuszka" Ministerstwa Finansów na finansowanie deficytu budżetowego, a nie do Skarbu Państwa na dokapitalizowanie kulejących spółek. Ale te plusy - moim zdaniem - nie równoważą wymienionych wcześniej minusów, gdyż takie działania tylko psują jakość polskiego rynku kapitałowego. Równolegle zaś składane oficjalne deklaracje o poparciu dla jego rozwoju mają chyba na celu tylko poprawę samopoczucia samego deklarującego, czyli w tym przypadku ministra Kaczmarka.
Ważny jest jeszcze jeden element procesu obdarowywania potrzebujących akcjami giełdowych spółek. Bo pecha może mieć także sam obdarowywany. Na szczęście nikt nie został np. rok temu dokapitalizowany akcjami Elektrimu, które posiada państwowa Chemia Polska. Ale bywało, że do potrzebujących trafiały mocno już dzisiaj przecenione papiery. Jeśli nie sprzedał ich na giełdzie w miarę szybko - miał pecha. W połowie stycznia 2001 r. PKO BP został dokapitalizowany akcjami 5 spółek giełdowych, w tym Stalexportu. Gdyby je wówczas sprzedał, to za prawie 14% papierów katowickiej firmy otrzymałby 28 mln zł. Dzisiaj są one warte tylko 4,5 mln zł. Kiepsko wyszedł też na trzymaniu KGHM. Przejęty od Skarbu Państwa pakiet 5,4% akcji rynek wyceniał na 290 mln zł. Obecnie - prawie połowę mniej. Podobnie jest z Tonsilem, którego pod koniec 1999 r. 12,8% akcji wniesiono do Agencji Rozwoju Przemysłu. Te papiery są teraz dziesięciokrotnie mniej warte, a sam Tonsil broni się przed bankructwem.