Środowa sesja nie wyjaśniła niczego. Po ataku podaży dzień wcześniej można było
oczekiwać co najmniej mocnej walki między atakującą podażą a popytem, broniącym poziomu luki. Patrząc na sam wykres cen, można odnieść wrażenie, że tak faktycznie było, lecz niski obrót dobitnie świadczy o tym, że zamiast walki mieliśmy do czynienia ledwie z kuksańcami.
Otwarcie na poziomie 1370 pkt. okazało się minimum sesji. Jej maksimum (1381 pkt.) zostało wykreślone zaraz po godzinie 10.00, gdy rynek zareagował umiarkowanym wzrostem na decyzję RPP. Stopy procentowe spadły o 50 punktów bazowych. Okazało się, że mimo obaw Rada zdecydowała się na ruch, nie bacząc na to, że może być on odebrany jako sygnał utraty niezależności. Paradoksalnie, takie rozwiązanie uważam za zasadne. Dane makro w pełni ten ruch tłumaczą. Gdyby Rada nie zdecydowała się na obniżkę, można by było sądzić, że kierują nią także czynniki pozamerytoryczne (pokazanie, że to gremium nie poddaje się naciskom). Jak widać, członkowie Rady doszli do wniosku, że mimo wszystko należy robić swoje.
Reszta sesji to już tylko małe wahania cen w powyższym zakresie, które raczej nie wzbudzały emocji. Także końcówka notowań była spokojna. Z technicznego punktu widzenia zmieniło się niewiele. Nadal kurs kontraktów znajduje się nad poziomem luki z 17 maja, co wstrzymuje od zajmowania pozycji po krótkiej stronie rynku. Jest to teraz jedyna rzecz, która hamuje graczy przed wyprzedażą. Gdy luka zostanie zamknięta, przyjdzie rozczarowanie i zniechęcenie faktem, że wyskok z 16 maja nie pociągnął za sobą dalszych konsekwencji. Wtedy prawdopodobny byłby powrót na poziomy poprzedniej wielotygodniowej konsolidacji. Nie jest to bynajmniej miła perspektywa i dlatego mam nadzieję, że popytowi uda się jednak obronić lukę.