Przez ostatnie tygodnie nasza giełda wyróżniała się sporą siłą i nie reagowała na ogromne przeceny rynków zachodnich. Sztuczne podtrzymywanie rynku przez fundusze było dość czytelne. Problem jednak w tym, że przeczekać tak mogliśmy aż do wyczekiwanej korekty na zagranicznych giełdach. Może nawet by się udało, gdyby nie problemy giełdowych banków, związane ze Stocznią Szczecińską. Takiego impulsu do wyprzedaży nasz rynek już nie wytrzymał. Podkreślam, że impulsu, a nie przyczyny. Przyczyną jest przewartościowanie spółek, które nie dość, że wyceniane są za wysoko, to obecnie jeszcze nieadekwatnie do zagranicznych giełd. W czwartek z trzymania rynku wyłamywać zaczęły się pierwsze instytucje, a wczoraj odpuścił już chyba każdy.
Już na otwarcie przebite zostały najważniejsze wsparcia. Kontrakty pokonały 1345 pkt., indeks luką przeszedł 1353-60 pkt. Po takim sygnale sprzedaży podaż nie miała litości, a droga do luki hossy z początku stycznia (1295-1311 pkt.) stanęła otworem. Tym samym potwierdzona została teza, że majowe wybicie było nieuzasadnione, choć bardzo pomogło utrzymać wysokie poziomy. Kontrakty po ostatniej przecenie nie znalazły się bowiem jeszcze nawet na poziomie majowego wybicia, podczas gdy w tym samym czasie!!! amerykańskie i europejskie giełdy spadły po około 15%. Mamy co nadrabiać i nawet spadek w okolice 1200 pkt. nie byłby pozbawiony logiki. Taka jest rzeczywistość. A jakie są moje oczekiwania? Maksymalny zasięg spadku w obecnej fali spadkowej nie powinien przekroczyć luki hossy z początku stycznia. Poziom ten jest dla rodzimych inwestorów tak samo ważny, jak amerykańskie wrześniowe dołki. W obu przypadkach zejście niżej to dramatyczna ucieczka od akcji, do czego polskie bardzo mocno zaangażowane w akcje fundusze nie będą chciały dopuścić.