Słaba sesja w USA oraz kiepska sytuacja na tamtejszych kontraktach sprawiły, że początek notowań na naszym rynku nie mógł być dobry. Jak się później okazało, nie tylko początek był zły. Zła była cała sesja. Na dodatek, ci którzy się łudzili, że uratuje ich RPP, także zostali sprowadzeni na ziemię. Rada stóp nie obniżyła, co sprawiło, że spadki nie zostały zahamowane.

Notowania rozpoczęliśmy w okolicy dolnego ograniczenia ostatnio kreślonego kanału spadkowego. Kursy kontraktów nawet nieco wzrosły, ale optymizm trwał do otwarcia notowań na rynku kasowym. Wielkość i determinacja podaży na tamtym rynku sprawiły, że indeks swoim spadkiem brutalnie ściągnął także notowania kontraktów. W trakcie sesji optymizm, sygnalizowany przez stosunkowo dużą bazę, zamieniał się stopniowo w pesymizm (baza malała). Nawet gdy na rynku akcji było już spokojnie, kontrakty notowały nowe minima.

Efektem takiego zachowania się cen było wybicie z kanału. Sygnał ten potwierdza tylko, z jak silnym trendem mamy do czynienia. Zamiast korekty jest przyspieszenie spadków. Już od końca maja na rynku nie mieliśmy większych wzrostów. Trend nie trwa wiecznie i kiedyś musi nadejść jego większa korekta. Przecież część krótkich pozycji jest już mocno "zarobiona" i kusi realizacja tak dużych zysków. Jednak to nie długość trendu jest sygnałem do korekty, lecz jego osłabienie.

Na razie jednak o czymś takim mówić nie można. Wobec tego trzeba się uzbroić w cierpliwość i spokojnie czekać. Rynek sam nam wskaże, kiedy przyjdzie czas na wzrosty. Po ostatnim fiasku byków posiadacze krótkich pozycji powinni czuć komfort zajętych pozycji. Na kolejny atak popytu potrzeba czasu. Na razie byki liżą rany.