Obie firmy oferują 250-300 mln USD w gotówce oraz 200 mln USD na wykup obligacji wyemitowanych przez koncern. Mają za to otrzymać 67% akcji Global Crossing. Banki-wierzyciele (firma jest im winna 2,55 mld USD) dostaną 175 mln USD oraz 6% walorów zrestrukturyzowanego koncernu. Do posiadaczy obligacji (w grę wchodzi kwota ok. 10 mld USD) ma trafić 25 mln USD i pakiet 32% walorów. Dotychczasowi akcjonariusze spółki zostaną z pustymi rękami.

Analitycy zwracają uwagę, że obecna oferta jest znacznie niższa od tej, jaką Hutchison i Singapore Technologies były gotowe zapłacić jeszcze przed kilkoma miesiącami (750 mln USD za 79% akcji). Wówczas jednak grono chętnych na aktywa bankruta liczyło ok. 40 podmiotów, podczas gdy teraz na placu boju pozostali praktycznie tylko dwaj inwestorzy z Azji oraz były menedżer koncernu, David Walsh.

Global Crossing rozpoczął działalność w 1997 r. W szczytowym momencie zainteresowania branżą telekomunikacyjną dysponował siecią światłowodów o długości 156 tys. km, łączącą 200 miast w 24 krajach (jej budowa kosztowała ponad 7 mld USD). Roczne obroty firmy, zatrudniającej wówczas 15 tys. pracowników i obsługujących 3 mln klientów, przekraczały 4 mld USD. Na rynku kapitałowym Global Crossing zasłynął z niezwykłej ekspansji. Był autorem kilku głośnych przejęć, m.in. znacznie większego od siebie amerykańskiego operatora dalekiego zasięgu Frontier (za 11,2 mld USD).

W 1998 r. akcje firmy trafiły na giełdę. Kiedy rok później walory koncernu wchodziły w skład prestiżowego indeksu Standard & Poor`s, a kapitalizacja giełdowa Global Crossing wynosiła 25 mld USD, by po kilku miesiącach przekroczyć 48 mld USD. Kiedy w październiku ub.r. wykluczano go z indeksu, koncern wart był już znacznie poniżej 1 mld USD. 28 stycznia br. zwrócił się do sądu o ochronę przed wierzycielami, mając na koncie 22,4 mld USD aktywów i 12,4 mld USD zadłużenia.

Z prowadzonego przez amerykańską komisję papierów wartościowych i giełd (SEC) śledztwa wynika, że Global Crossing przez wiele lat zawyżał wartość własnych obrotów i niewłaściwie księgował koszty, aby móc pochwalić się rosnącymi zyskami. Audytorem firmy był znany ze skandalu z Enronem Arthur Andersen.