Nieprawomocne postanowienie o upadłości Espebepe zapadło na niejawnym posiedzeniu Sądu Rejonowego w Szczecinie, 13 maja br. Tuż po tej decyzji wierzyciele wycofali swoje wnioski o bankructwo spółki oraz poinformowali wymiar sprawiedliwości, że doszli do porozumienia z dłużnikiem. Poprosili w związku z tym o uchylenie postanowienia. Zażalenie na decyzję sądu złożyli również pełnomocnicy spółki. Do tej pory szczeciński sąd okręgowy nie odniósł się do niego.
Sąd rejonowy przychylił się w międzyczasie do wniosku o wstrzymanie likwidacji majątku Espebepe. Ograniczyło to znacznie pole działania syndyka.
- To, co dotychczas syndyk zrobił, to wręczenie wypowiedzeń grupie pracowników i bezprawna próba pozbawienia mnie funkcji - powiedział Marek Diering, prezes zarządu Espebepe. - Poza tym bywa w spółce najwyżej dwie godziny dziennie, akceptuje przelewy i na tym jego rola się kończy. Nawet inwentaryzację majątku zlecił naszym pracownikom. Za to pobrał 30 tys. zł zaliczki, a załodze wypłaca tylko część należnych wynagrodzeń. Nie chciał także udostępnić środków na organizację walnego zgromadzenia akcjonariuszy i delegację zarządu na posiedzenie rady nadzorczej. Z tego, co wiem, przelew na swoje konto wysłał jeszcze zanim zaliczka została zatwierdzona przez sąd. Bulwersująca jest również wysokość całej kwoty, jaką miałby uzyskać za likwidację spółki. Wnioskował o 600 tys. zł, a otrzymał 450 tys. zł - dodał M. Diering.
Syndyk masy upadłościowej spółki nie chciał rozmawiać na temat wysokości swojego wynagrodzenia i okoliczności wypłaty zaliczki. Komentarza odmówił także sędzia komisarz.
- Espebepe nie jest żadnym potentatem i nie rozumiem, dlaczego przyjęto kryterium wynagrodzenia korzystniejsze dla syndyka, a nie dla spółki, wierzycieli i akcjonariuszy, którzy ciągle walczą o jej przetrwanie - stwierdził Aleksander Rostocki, przewodniczący rady nadzorczej Espebepe.