Według najnowszych obliczeń, prawdopodobieństwo, że ktoś zarabiający poniżej 50 tys. USD rocznie zostanie wysłany na zieloną trawkę, wzrosło o 43%. W tym samym czasie szanse na zwolnienie w grupie o zarobkach powyżej 85 tys. USD rocznie nie wzrosły, a wręcz spadły o 23%.
Tylko w pierwszej połowie br. liczba zwalnianych znajdujących się w najniższej grupie uposażeń zwiększyła się o 27%. To efekt gruntownej restrukturyzacji w wielu firmach i pogoni za wzrostem wydajności. Obcinanie kosztów zaczyna się od zwalniania szeregowych pracowników, a nie menedżerów. Tylko niewiele korporacji decyduje się na poważniejsze trzęsienie ziemi na wyższych szczeblach zarządzania. W grupie najlepiej zarabiających znajdują się przecież najbardziej kluczowi pracownicy. Od nich zależy normalne funkcjonowanie spółek. Redukcja słabo opłacanych miejsc pracy wynika także z globalizacji. Wiele zakładów produkcyjnych przenosi się do krajów o niższych kosztach zatrudnienia.
Niżej zarabiający nieprędko doczekają się ożywienia na rynku pracy. Mimo optymistycznych danych z sierpnia, świadczących o spadku bezrobocia w USA, wszyscy ekonomiści są zgodni, że stabilizacją nastąpi nie wcześniej niż na początku przyszłego roku. W ubiegłym miesiącu pracodawcy zapowiedzieli 118 tysięcy zwolnień - o 46% więcej niż w lipcu. Według Johna Challengera, szefa Challenger Gray, szeregowi pracownicy nadal będą zwalniani, gdyż oczekiwane ożywienie gospodarcze ciągle się opóźnia. Znów w pierwszej kolejności w kolejkach po zasiłki dla bezrobotnych ustawiają się przede wszystkim ci, którzy wykonywali w spółkach czarną robotę. Reguły kapitalizmu są nieubłagane.