Wczorajsza sesja przypomniała, z jakim trendem mamy do czynienia na rynku od ponad dwóch lat i jak ciężko przychodzi bykom zmiana tego stanu rzeczy. Poniedziałkowy spadek na małym obrocie okazał się jedynie przygrywką do tego, co miało miejsce wczoraj.
Początek sesji wyglądał całkiem niewinnie. Otwarcie nastąpiło kilka punktów poniżej poprzedniego zamknięcia. Szybko jednak udało się tę lukę zapełnić. Jednak kurs serii grudniowej nie przebywał zbyt długo powyżej 1060 pkt. Początek notowań na rynku kasowym pogłębił spadek. Podaż na TPS robiła piorunujące wrażenie. Ceny kontraktów spadały niemal całą sesję z krótkimi przerwami na mizerne korekty. Przełamane zostały wsparcia, które niedawno kilkakrotnie skutecznie broniły się przed naporem podaży. W przypadku WIG20 było to 1065 pkt., dla kontraktów 1047 pkt. W trakcie spadku wrósł obrót.
Jednak pomimo tego naporu niedźwiedzi, nie można stwierdzić z całą stanowczością, że podaż przejęła inicjatywę. Brakuje kropki nad i. Nadal bowiem znajdujemy się nad dołkiem z 26 lipca br., czyli nad poziomem 1025 pkt. To z kolei sprawia, że nadal mamy średnioterminowy trend boczny. Do wybicia z niego było wczoraj bardzo blisko. Minimum sesji wypadło na 1032 pkt. Tu popyt był wczoraj zbyt silny.
Mimo to sądzę, że dojdzie do testu tego wsparcia i otrzymamy wiarygodną odpowiedź na pytanie o kierunek ruchu rynku. W tej chwili przewagę mają niedźwiedzie, lecz nie jest ona jeszcze zbyt znacząca. Jak pokazała końcówka sesji, popyt wciąż jeszcze ma siłę. Nie bez znaczenia pozostaje fakt silnych spadków na rynkach światowych. Giełdy naszego regionu i tak wyglądają na silniejsze, ale walka z trendami ogólnoświatowymi rzadko przynosi spodziewany rezultat. Z decyzjami poczekajmy jednak na wspomniany test wsparcia.