Emil Szweda
Miało być tak pięknie. W 2002 r. 2,5% energii elektrycznej miało pochodzić z elektrowni wiatrowych. W 2010 r. aż 7,5%. Przedsiębiorcy zwietrzyli interes. Okazało się jednak, że ich prądu nikt nie chce.
- Jaki jest cel? Likwidacja odnawialnych źródeł energii w Polsce? Kompromitacja kraju wobec UE? A może doprowadzenie do niemożności przystąpienia do szeregów unijnych? - Ewa Kwiatkowska z biura zarządu Energii-Eco nie ukrywa wzburzenia. Jej firma dysponuje najpotężniejszą "stajnią" wiatraków w Polsce - 9 masztów o mocy wytwórczej 2 MW każdy. Ale mimo ministerialnych rozporządzeń, zakłady energetyczne nie chcą kupować prądu z wiatru, choć mają taki obowiązek.
Minister gospodarki w grudniu 2000 r. wydał rozporządzenie, na mocy którego każdy zakład energetyczny zobowiązany jest do zakupu 2,4% energii ze źródeł odnawialnych (np. energii wiatrowej). W następnych latach ilość energii ekologicznej ma rosnąć aż do 7,5% w 2010 r. Jest to stopniowe dostosowywanie się do wymogów UE, gdzie w 2010 r. ze źródeł odnawialnych powinno pochodzić 22,1% energii elektrycznej (zgodnie z europejską Dyrektywą o energii odnawialnej). - Niestety, zakłady energetyczne nie przestrzegają obowiązku zakupu, a prezes Urzędu Regulacji Energetyki, upoważniony przez ministra gospodarki do nakładania kar na zakłady energetyczne, które nie wywiązały się z obowiązku zakupu energii z OZE, do tej pory nie ukarał żadnego zakładu, który w roku ubiegłym takiego obowiązku nie wypełnił - twierdzi Ewa Kwiatkowska, której firma wydała na budowę wiatraków 90 mln zł.
Niedopełnianie obowiązków przez zakłady energetyczne to jedno, ale nowe zasady rozliczeń elektrowni wiatrowych narzucone od połowy br. przez Polskie Sieci Elektroenergetyczne to już zupełne kuriozum - oceniają przedsiębiorcy. PSE domaga się, aby tacy producenci określali z góry, jaką ilość energii zamierzają dostarczyć i w jakim czasie (chodzi o godzinowe planowanie dostaw). Cennik ustawiony jest w taki sposób, że nadprodukcja karana jest finansowo, manko zaś w dostawie elektrownie wiatrowe muszą zbilansować, kupując prąd u innych producentów. Naturalnie elektrownie te nie są w stanie przewidzieć, z jaką siłą o danej porze będzie wiał wiatr, ani ile energii w związku z tym wytworzą. - Nawet dzieci zdają sobie sprawę, że siły wiatru w danym miejscu z taką precyzją nie da się przewidzieć - ironizuje E. Kwiatkowska.
W Polsce jest niewiele zainstalowanych urządzeń do produkcji czystej energii. W sektorze energetyki wiatrowej mamy około 28 MW zainstalowanej mocy (dla porównania Niemcy ok. 9 tys. MW, Dania ok. 2,6 tys. MW, Hiszpania ok. 3,6 tys. MW). Mimo to PSE uważa, że w Polsce mamy nadprodukcję energii wiatrowej:"Polskie Sieci Elektroenergetyczne nie negują potrzeby rozwijania alternatywnych, odnawialnych źródeł energii. Ich przedstawiciele zwracają jednak uwagę, że obecnie odbywa się to w nieskoordynowany sposób, a plany potencjalnych inwestorów daleko przekraczają przyjęte założenia. Zaakceptowana przez Sejm pod koniec sierpnia ubiegłego roku "Strategia rozwoju energetyki odnawialnej" - biorąc pod uwagę perspektywy integracji z UE - zakłada osiągnięcie udziału energii ze źródeł odnawialnych w ogóle produkowanej energii w wysokości 7,5% w 2010 r. i 14% w 2020 r. Tymczasem w 2001 roku moc elektrowni wiatrowych w Polsce wzrosła z 4,7 do 28,2 MW. W opracowanym w czerwcu tego roku przez Ministerstwo Środowiska projekcie "Programy rozwoju energetyki wiatrowej w Polsce na lata 2002-2005", założono, że do końca 2002 roku elektrownie wiatrowe będą dysponowały mocą 180 MW, na koniec 2005 roku będzie to już 705 MW a na koniec 2010 roku 1770 MW. Są to wartości większe od założonych w Strategii, w której w zależności od scenariusza moc elektrowni wiatrowych w 2010 r. przewidywano na 600 do 1600 MW" - dowodzi PSE w wydanym oświadczeniu.