Nasz rynek zachowuje się ostatnio relatywnie mocniej w porównaniu z czołowymi giełdami świata. Wynika to faktu, że spora grupa graczy, na tyle duża, by miało to wpływ na notowania, oczekuje na odbicie się światowych indeksów. Wspomniane odbicie ma nastąpić już wkrótce, zatem nie są oni skorzy do gry na spadki. Niestety, wzrost nie nadchodzi - zamiast tego indeksy w USA i Europie notują najniższe od wielu lat wartości. To jednak naszym graczom nie przeszkadza, bo każdy spadek to zwiększone prawdopodobieństwo odbicia! Ta pokrętna logika sprawia, że kursy polskich papierów nie poddają się ogólnie obserwowanym spadkom. Ba, im te są większe, tym mocniejszy jest nasz rynek.

To już nie pierwsza sytuacja, gdy "prawo longa", bo tak potocznie nazywana jest ta relatywna siła warszawskiego parkietu, rządzi umysłami rodzimych inwestorów. Efekt jest taki, że gdy faktycznie dochodzi do upragnionego odbicia na świecie, to nasz rynek nadal stoi w miejscu. Tym razem przez brak kupujących. Skoro ci, którzy liczyli na światowe odbicie, już mają otwarte pozycje, to niewielu pojawi się nowych graczy chętnych do kupna, kiedy wzrost rzeczywiście się rozpocznie. Zwłaszcza że w takim wypadku należy oczekiwać podaży wynikającej z zamykania zyskownych pozycji. W końcu mamy do czynienia tylko z korektą w bessie, zatem czasu na wyprzedaż nie ma zbyt wiele.

Prędzej czy później, taka sytuacja prowadzi do "wyrównania zaległości", co oznacza w praktyce mocny spadek notowań w Warszawie. Czy tak będzie i tym razem? Trudno powiedzieć, ale na pewno rynkowi nie wychodzą na dobre manipulacje.