Rynek nie rozpieszcza day--traderów. Po dwóch sesjach względnej zmienności, ponownie wpadł on w stan odrętwienia. Każdy ruch cen wydawał się wynikiem działań podejmowanych jakby na siłę.
Zaczęło się całkiem ciekawie, bo mimo dość dobrej piątkowej sesji w USA (słabe dane makro zostały zupełnie zignorowane) kontrakty rozpoczęły od niewielkiego spadku. Niewielkiego, gdyż tylko tyle było miejsca. Ceny spadły do poziomu ostatniego lokalnego dołka na 1128 pkt. Dalsza obniżka mogłaby mieć zgubne konsekwencje dla właścicieli długich pozycji. Doszłoby do pełnego wykreślenia formacji głowy i ramion. Byłby to świetny sygnał do ataku dla graczy kierujących się w swych poczynaniach analizą techniczną, a takich jest przecież zdecydowana większość. Bykom udało się jednak zażegnać niebezpieczeństwa - ceny szybko podrosły, oddalając się od newralgicznego poziomu.
Po rozpoczęciu notowań na rynku akcji jeszcze raz nastąpił spadek w okolice minimum, ale i tym razem nic nowego on nie przeniósł. Reszta sesji przebiegała w męczącej konsolidacji. Co jakiś czas znalazł się ktoś, kto miał ochotę małym kosztem wahnąć rynkiem. Nie udawało się to, gdyż nikt nie palił się, by iść za ciosem. Trudno się dziwić. Nawet przebicie wsparcia mogłoby być uznane za mało wiarygodne, gdyby zostało dokonane przy tak mizernym obrocie, jak ten wczorajszy.
Wczorajsza sesja nie przyniosła zmian z punktu widzenia analizy technicznej. Ceny nadal poruszają się w trendzie bocznym. Pozostaje czekać na wybicie. Więcej przesłanek jest za wybiciem w dół, ale póki się ono faktycznie nie dokonało, nie ma sensu się angażować. Poczekajmy, rynek sam wskaże nam kierunek. Rosnąca liczba otwartych pozycji sugeruje, że coraz większa grupa graczy już zajmuje pozycje. W takim wypadku nie wolno zapominać o "stopach".