Wczoraj mieliśmy do czynienia właściwie z dwiema różnymi sesjami w trakcie jednego dnia. Najpierw była przewaga popytu i próba zbliżenia się do poziomów maksimum obecnego wzrostu, a później mieliśmy zwrot o 180% i spadek prawie do samego końca notowań.
Zaczęło się nieco poniżej wtorkowego zamknięcia. Była to reakcja na słabszą sesję w USA. Spadek został jednak szybko wykorzystany do zajmowania długich pozycji i wkrótce kursy zaczęły się podnosić wraz z wielkością LOP. Popyt dał o sobie znać, ale tylko na rynku terminowym. Na rynku kasowym nie widać było podobnego przypływu optymizmu. Kursy rosły dość niemrawo, a indeks zyskiwał na wartości głównie za sprawą podciągania TPS. "Zetki" podeszły w okolice szczytu na 1265 kt., ale nie udało się go pokonać. Tuż przed 13:00 rynek się zatrzymał, by po chwili zrobić w tył zwrot.
Zaczęła się druga część sesji - spadkowa. Początkowo spadki nie były zbyt gwałtowne i można było je wziąć jedynie za korektę wzrostu z przedpołudnia. Korekta jednak ma to do siebie, że dość szybko się kończy. Tym razem tak nie było. Spadki stawały się coraz głębsze i zaczął im towarzyszyć coraz większy wolumen obrotu. Kontraktom wtórował rynek kasowy.
Taki przebieg sesji trudno nazwać optymistycznym - słabe zachowanie rynku w okolicy szczytów oraz fakt, że na kasowym łatwiej o spadki niż o wzrosty. Słaba końcówka świetnie wpisuje się w schemat, jaki ostatnio obserwujemy. Już od ponad tygodnia daje się zauważyć przewagę podaży w końcowej części sesji. To już zaczyna być coraz bardziej intrygujące i trudno uznać to za przypadek. Technicznie jednak, mimo wspomnianych tu oznak słabości, nie można stwierdzić, że władanie rynkiem przeszło w ręce niedźwiedzi. Na to jest jeszcze za wcześnie - wsparcia nadal spełniają swoją funkcję.