Zaczęło się całkiem niewinnie, a skończyło fatalnie. W czasie całej sesji przewaga należała do strony podażowej, co zostało wyraźnie podkreślone w końcowych minutach notowań.
Poziom rozpoczęcia notowań kontraktów był zaskakująco wysoki. Po dość słabej sesji w Stanach oraz braku pocieszenia ze strony tamtejszych notowań posesyjnych, można było oczekiwać spadków na naszym rynku. Tymczasem kontrakty zaczęły dzień tylko 2 pkt. poniżej zamknięcia z poprzedniego dnia. Taka sielanka trwała przez pierwszą godzinę sesji, do chwili rozruchu rynku kasowego. Stąd przyszedł potężny cios, po którym rynek się już nie podniósł. Mowa o sporym spadku wartości TPS już na samym otwarciu notowań. Podaż była tak duża, że żadne próby podciągnięcia kursów nie zdały egzaminu. Indeks wykreślił lukę bessy i znalazł się pod swoją linią trendu wzrostowego. Widmo podaży wisiało nad graczami przez cały dzień. Nie było chętnych do kontrataku.
Po małych wahaniach w południe podaż zaatakowała ponownie w końcówce sesji, sprowadzając ceny kontraktów pod poziom 1200 pkt., by tuż przed fixingiem zanotować minimum na 1191 pkt. W czasie fixingu do gry włączyli się pierwsi łapacze dołków, co pozwoliło na zamknięcie 4 pkt. nad minimum. Nie zmienia to oczywiście fatalnej wymowy sesji. Mamy do czynienia z sygnałem sprzedaży w postaci przebicia wsparcia na 1206 pkt. oraz naruszenia linii trendu wzrostowego. Spadkom w końcówce towarzyszył wzmożony obrót, którego nie było widać przy próbach podniesienia kursów. Można zatem sądzić, że obecnie mamy do czynienia z trendem spadkowym - przynajmniej w krótkim okresie. Zanegowaniem tego byłby ponowny wzrost nad linię trendu i ponowne wyjście nad 1206 pkt. Przyznam jednak, że bliższy jest mi scenariusz testu poziomu wsparcia na 1168 pkt.