Świąteczny kalendarz praktycznie uniemożliwia handel na kontraktach. Już nie tylko chodzi o brak zmienności, skrócone sesje lub ich brak, ale chyba głównie o brak możliwości prognozowania zachowania rynku. Przy tak niskiej aktywności inwestorów, wystarczy kilka większych transakcji, by znacząco ruszyć indeksem. Wyprzedaż w ostatni piątek jest chyba tego najlepszym przykładem.
Na ostatniej sesji całość tych strat została odrobiona. Jako ciekawostkę można zauważyć brak jakiejkolwiek czarnej świecy na wykresie intraday. Przeszkodą w tej dobrej passie może być poziom 1184 pkt., na którym zbiega się kilka ważnych oporów - połowa świecy z ostatniej środowej przeceny, dołek z drugiego tygodnia grudnia, czy też linia trendu spadkowego pociągnięta od szczytu. W tych okolicach przebiega także znajoma średnia krocząca.
Przy braku przecen na zachodnich parkietach byki powinny zdołać podciągnąć kontrakty na ten poziom. Analogie do lat ubiegłych pokazują, że rynek amerykański powinien nieco pomagać. Patrząc na ostatnie 30 lat notowań Nasdaq, okazuje się, że wzrosty najczęściej występują właśnie na sesjach tuż po świętach (77%), a rekordzistą pod tym względem są sylwestrowe notowania, gdzie w podanym okresie spadek wystąpił tylko raz.
Na koniec roku atmosferę podgrzewają też analitycy z TrimTabs, którzy widzą na amerykańskim rynku problem analogiczny do naszych OFE. Brak nowych emisji ma wymusić na funduszach lokowanie wolnych środków w obecnie dostępne spółki. Pamiętać jednak należy, że zmiana wartości akcji ma się w tym wypadku nijak do zmiany wartości spółki, a w dłuższym terminie liczyć się będzie tylko to drugie. Spekulantom pozostaje życzyć powtórki ze stycznia, a jeśli chodzi o prognozy, to na razie obowiązuje cały czas ta sama - "Wytrzymaj".