Minął rok od wprowadzenia euro jako oficjalnej waluty w 12 krajach EMU. Rok od czasu, gdy obywatele tych państw musieli przestawić się na inny system monetarny, a nierzadko także zaakceptować spowodowaną unifikacją inflację. Jak mieszkańcy Eurolandu oceniają przeprowadzony proces? "The Wall Street Journal Europe" opublikował badania wykonane na zlecenia Komisji Europejskiej. Pokazały, że aż 67% ankietowanych Europejczyków jest zadowolonych z ujednolicenia waluty. Jednakże te same badania pokazały, że aż 61% Niemców wolałoby swoją starą, narodową walutę. Marka jest wciąż darzona głębokim sentymentem - aż 8,75 mld marek wciąż jest przechowywanych w niemieckich domach. To w przeliczeniu około 50 euro na osobę.

Taki majątek skusił sieć handlową C&A do ogłoszenia, że przez tydzień w jej placówkach będzie można płacić wycofanym z obiegu pieniądzem. Podobne akcje organizują również inni przedsiębiorcy z właścicielami pubów włącznie, a niekiedy właśnie w takich miejscach płacącym starą walutą przysługują specjalne upusty. Jeden z ankietowanych barmanów przyznał, że częste są kolacje, podczas których wspomina się czasy Wirtschaftwunder, a płaci się właśnie jego symbolem - marką. Jednak nawet mimo takich zabiegów Niemcy niechętnie się z nią rozstają. 80 lat temu sytuacja wyglądała zupełnie inaczej.

W czasie I wojny światowej podaż pieniądza zwiększyła się w Niemczech siedmiokrotnie, ale szczęśliwie emisja pieniądza wyprzedzała inflację i marka zachowała 50% swej siły nabywczej sprzed wojny. Tę deprecjację tłumaczono sobie ograniczeniem podaży towarów, a ponadto liczono na wymuszenie na państwach Ententy reparacji wojennych. Kiedy Niemcy przegrały wojnę i zostały zmuszone do spłat odszkodowań, ich waluta uległa gwałtownej destabilizacji. I tak dolar z około 50 marek na początku 1920 r. wzrósł do 7600 marek 3 lata później. Ogólnie rzecz biorąc, od wybuchu wojny dolar podrożał 1600 razy.

Według francuskiego historyka Rene Sedlillota, praktyczni Niemcy postanowili wykorzystać inflację i zagrać rolę biedaka narodów, aby uwolnić się od spłaty odszkodowań. Jednak nie kontrolując deficytu i pozwalając na swobodną emisję pieniądza (prawo emisji ok. 2000 tzw. Notgeldów przysługiwało wówczas nawet miastom, przedsiębiorstwom czy też izbom handlowym) wywołali najgorszą z możliwych inflacji - jej galopującą odmianę. Podaż pieniądza osiągnęła niespotykane rozmiary. Z 1300 miliardów na początku 1922 r. zwiększyła się do 524 kwintylionów pod koniec roku. Jednak nawet taka emisja nie nadążała za wzrostem cen, w wyniku czego siła nabywcza spadła 17-krotnie. Przykładowo, za sumę wystarczającą na wybudowanie i uruchomienie fabryki kilka miesięcy później można było zainwestować w... chusteczkę do nosa. Tempo zmian cen było tak niesamowite, że cena obiadu w restauracji mogła podwoić się podczas trwania posiłku. Również deprecjacja zewnętrzna osiągnęła niespotykane rozmiary. Cena dolara wzrosła w ciągu kilku miesięcy ze wspomnianych 7600 marek do 4200 miliardów! Według szacunku ekspertów szwajcarskich, w apogeum kryzysu tempo zmian wynosiło 600 000 marek na sekundę. To olbrzymie pole do popisu dla spekulantów walutowych, którzy operacje wykonywali jednak tylko w jedną stronę. Banki i kantory nie nadążały z wymianą pieniądza. Nie było chętnych na marki... Jakże odmienna sytuacja od tej dzisiejszej.

Zastanawiające jest, jak zachowa się polskie społeczeństwo, gdy już znajdziemy się w strefie wspólnej europejskiej waluty. Czy będziemy równie sentymentalni jak nasi sąsiedzi z Zachodu? Osobiście powątpiewam w to, żebyśmy okazali się tak przywiązani do narodowej waluty jak niektórzy politycy do ziemi. My w końcu naszą przygodę z inflacją mieliśmy nie tak dawno...