Reklama

Inwestowanie za granicą nie jest dla wszystkich

Żeby zacząć inwestować na zagranicznych rynkach kontraktów terminowych, potrzeba minimum 5 tys. USD. Operowanie na dwóch, trzech nie skorelowanych ze sobą rynkach wymaga kwoty co najmniej dwukrotnie większej.

Publikacja: 03.01.2003 09:11

Tęsknota za inwestowaniem na zachodnich rynkach nasiliła się szczególnie w czasie "Wielkiego Marazmu", czyli konsolidacji w pierwszej połowie ubiegłego roku. Ileż to było narzekań i odgrażania się, że jak tylko będzie można, to inwestorzy przeniosą się na rynki bardziej rozwinięte, gdzie brak zmienności nie jest bolączką. Najgłośniej takie groźby było słychać wśród graczy obecnych na naszym rynku terminowym, czyli faktycznie rynku jednego kontraktu - na WIG20. Brak poważniejszej alternatywy sprawiał, że wszyscy byliśmy uzależnieni od zmian cen, które bardzo często były za małe, żeby dać spekulantom zarobić.

Rzeczywiście, różnorodność rynków sprawia, że Zachód wydaje się o wiele ciekawszym miejscem do inwestowania. Możliwość wyboru przyczynia się do tego, że można operować na rynku, który nam najbardziej odpowiada aktualną zmiennością cen, układem wykresu, dostępnością informacji lub innymi czynnikami. Za granicą jest tyle rynków, że zawsze znajdzie się taki, na którym panuje jakiś trend.

Kapitał barierą

Te szerokie możliwości oraz łatwa dostępność na pewno będą kusić niejednego rodzimego inwestora. Ale czy faktycznie teraz wszyscy ruszą zdobywać rynki zachodnie? Znając charakter przeciętnego polskiego gracza można powątpiewać. Najpoważniejszą barierą dla chętnych jest bariera finansowa. Występuje w dwóch postaciach. Po pierwsze, jest to bariera wejścia, czyli minimalnej wielkość kapitału, jaki należałoby posiadać, by spróbować swoich sił na rynkach zachodnich. Tu podstawą są wymagania brokera lub wielkość wymaganego depozytu zabezpieczającego. Po drugie, bariera mentalna związana z zajmowaną pozycją, która sprowadza się do pytania, jak szybko gracz zostanie wypchnięty z rynku.

Jak wykazują dane dotyczące uczestników polskiego rynku terminowego, większość to głównie mali gracze, którzy na inwestycje przeznaczają nie więcej niż 10 tys. zł. Określają siebie mianem daytraderów i zwykle grają "na maksa", co sprowadza się do otwierania pozycji w takiej wielkości, na jaką wystarcza aktualnie posiadana kwota pieniędzy. Niestety, z takim podejściem trudno wywróżyć świetlaną przyszłość, zwłaszcza na rynku amerykańskim.

Reklama
Reklama

Jak pokazuje załączona tabela, już na starcie polski gracz jest ograniczony do węższej, niż by mógł się spodziewać, grupy rynków. Wymagania co do wielkości depozytu zabezpieczającego zdecydowanie ograniczają pole manewru. Przykładem mogą być kontrakty na indeks Nasdaq100 lub na S&P500. Te instrumenty uchodzą za najbardziej pożądane do inwestycji. To w końcu pierwsza liga, tam grają najlepsi. W Polsce pilnie śledzi się ich notowania nawet w czasie gry na kontraktach na WIG20. Niestety, dla większości graczy są poza zasięgiem, ze względu na wysokość depozytu, i to nawet w okrojonej wersji "mini".

Większe ryzyko gotówkowe

Jednak depozyt zabezpieczający to nie wszystko. Patrząc pod kątem zmienności cen, można dojść do wniosku, że ryzyko jest tu dość spore. Spójrzmy, jak wygląda przeciętne ryzyko, na jakie jest narażony rachunek gracza przy grze na wybranych rynkach. Tabela przedstawia średnią zmienność rachunku. Miarą zmienności jest czternastosesyjna średnia prawdziwego zakresu wahań (ATR), wyrażona w dolarach. Jak widać, już pozycja otwarta na jednym kontrakcie sprawia, że pobyt na rynku przez jedną sesję naraża gracza na ryzyko straty średnio kilkuset dolarów.

Jest zatem znacznie większe niż w przypadku kontraktów na WIG20. Stosując identyczną miarę ryzyka okazuje się, że grając jednym kontraktem można na jednej sesji stracić jedynie kilkuset złotych. Długoterminowa średnia prawdziwego zakresu wahań wynosi ok. 40 pkt. Ostatnio zmienność ta znacznie spadła i już rzadko przekracza 300 złotych na sesję.Mamy więc do czynienia ze sporą dysproporcją. Otwarcie pozycji w ilości jednego kontraktu terminowego notowanego w USA to jak otwarcie kilku sztuk kontraktów na WIG20 i to zarówno pod względem wielkości depozytu, jak i zmienności wielkości rachunku.

Wbrew pozorom to jednak nie wszystko. Dobrze przecież wiemy, że gra na rynku wymaga znacznie więcej kapitału niż tylko równowartość depozytu zabezpieczającego nawet z niewielkim zapasem. Musimy przygotować się, że nie każda transakcja będzie zyskowna. Ba, większość może być stratnych. Na to też trzeba mieć środki. Musi być ich na tyle, by nawet po kilku stratach posiadać wystarczająco dużo na ponowne otwarcie pozycji. Szczególnym przypadkiem jest obsunięcie kapitału wynikłe z posługiwania się systemem inwestycyjnym. Chcąc posługiwać się jakąś mechaniczną metodą, należy posiadać tyle środków, by starczyło na sfinansowanie tegoż obsunięcia.

Najpierw spróbuj na sucho

Reklama
Reklama

Chciałbym też dodać, że gra na zachodnich rynkach terminowych nie jest wcale taka prosta, jak się z pozoru wydaje. By nabrać pewnej wprawy, a zwłaszcza by sprawdzić swoje metody w praktyce, proponuję najpierw popróbować gry "na sucho". W internecie jest wiele miejsc, które umożliwiają grę "papierową" na notowaniach rzeczywistych (przykładem jest strona www.mocktrading.com). Zapewniam, że będzie to kubeł zimnej wody, dla rozochoconych gorących głów.

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama