Wczorajsza sesja nie należała do nazbyt ciekawych. Spokojny przebieg notowań i ograniczony zakres wahań przesądził o tym, że nie wpłynęła ona znacznie na ogólną ocenę rynku.
Sobotnia katastrofa promu kosmicznego Columbia nie odbiła się negatywnie na nastrojach panujących wśród rodzimych inwestorów. W kontekście poniedziałkowych wahań ważniejsze było zachowanie indeksów amerykańskich na sesji w piątek. Wprawdzie nie było tam hossy, ale też spadki nie były kontynuowane, co podtrzymywało nadzieję na odbicie na naszym rynku. Poziom otwarcia potwierdził, że takie nadzieje są uzasadnione.
Nie dokonało się jednak to, na co każdy byk czekał - nie nastąpiło wybicie w górę z obserwowanej od jakiegoś czasu konsolidacji. Nie było popytu, który mógłby temu zadaniu podołać. Wprawdzie indeks powoli zyskiwał na wartości, jednak działo się to dzięki wzrostom ograniczonej grupy spółek, a na domiar złego przy mizernym obrocie.
W takich warunkach nie walczy się z oporami. Przypomnę tylko, że najbliższym jest ostatnia luka bessy. Jej zamknięcie dawałoby szansę na większą korektę ostatnich spadków. Jej poziom jest także wzmocniony przez przebiegającą w pobliżu średnią kroczącą. Nie została ona jednak zamknięta. Podobna sytuacja miała miejsce na wykresie indeksu, którego wartość z końca sesji nie przekroczyła poziomu luki. W takiej sytuacji nadal należy się liczyć z kontynuacją ruchu bocznego w krótkim terminie oraz świadomością, że ten ruch jest korektą w średnioterminowym trendzie spadkowym. Takie postrzegane rynku mogłoby zmienić dopiero wyjście nad 1150 pkt, czyli nad podstawę formacji podwójnego szczytu. W obecnej sytuacji wydaje się to mało prawdopodobne. W takiej sytuacji długie pozycje wydają się obecnie najmniej odpowiednie. Jeśli ktoś wątpi w spadki, to może pozostać z boku. Walka z rynkiem nie popłaca.