Wyniki większości giełdowych banków za ubiegły rok będą fatalne. Przyczyny są znane - niski wzrost PKB zaowocował pogorszeniem sytuacji finansowej przedsiębiorstw. W efekcie spuchły portfele złych kredytów i banki musiały utworzyć duże rezerwy. Słowem: zawiniła słabnąca gospodarka. Można by dojść do przekonania, że nasze banki robią, co mogą (np. tną oprocentowanie depozytów), ale przecież głową muru nie przebiją. Mam jednak wrażenie, że sprawa jest bardziej skomplikowana, a banki nierzadko są same sobie winne.

O stratach BRE na inwestycjach giełdowych napisano już wiele. Mnie jednak interesuje nie ich wysokość, ale mechanizm powstawania. I łatwość, z jaką bank się na nie godził. Wydaje mi się, że dobrym przykładem - nie tylko w kontekście wyników BRE - jest Szeptel. Bank kupował jego akcje na rynku i - przede wszystkim - w ofercie publicznej. W tej ostatniej - przypomnijmy - zasilił telekomunikacyjną firmę prawie 80 mln zł, płacąc po 30 zł za papier. Część wróciła do niego, bo spółka wykupiła obligacje o wartości prawie 20 mln zł (choć niewiele wcześniej dostała przecież te 20 mln zł ze sprzedaży papierów dłużnych). A reszta? W ciągu kilku miesięcy wyparowała. W efekcie telekomunikacyjna spółka od dawna jest potencjalnym bankrutem, a jej kurs spadł na łeb na szyję do niespełna 80 groszy. Po takim mniej więcej kursie bank wycofał się ostatnio z inwestycji. Rzecz w tym, że - jak wiele na to wskazuje - patrzył zupełnie biernie, jak pieniądze, które przekazał Szeptelowi, stając się jego największym akcjonariuszem, z dnia na dzień topnieją. Obudził się w momencie, w którym nie było już po nich śladu.

Jak kasa topniała? Tego dokładnie nie wiadomo. Najprawdopodobniej tu wyciekło parę złotych, tam parę złotych. Prokurator jeszcze się nie zajął zrealizowanymi przez Szeptela pod koniec 2001 r. zakupami akcji Apeximu, ale pewnie to zrobi. To nawet nie była reanimacja trupa. Pieniądze nie trafiły do upadającej spółki: przeszły z rąk akcjonariusza, który chciał za wszelką cenę opuścić Apexim, do rąk dobroczynnego Szeptela. Jakoś nie słyszałem, by BRE z tego powodu zrobił awanturę, by rada nadzorcza Szeptela - w której banki miały swoich przedstawicieli - podniosła larum. To samo dotyczy innych inwestycji kapitałowych szepietowskiej firmy. Bank albo więc zupełnie nie czuwał nad swoimi inwestycjami, albo z innych powodów godził się na działania, które w ostatecznym rozrachunku przyniosły mu duże straty. W obu przypadkach postępował jednak ze szkodą dla siebie i swoich akcjonariuszy.

Bądźmy jednak sprawiedliwi - dotyczy to nie tylko BRE. Inne banki, akcjonariusze Szeptela, czyli BGŻ, Pekao (poprzez CDM Pekao), LG Petro, także nie były bez winy. Ich nadzór nad spółką zawiódł zupełnie, jeżeli w ogóle funkcjonował. One także poniosły z tego powodu gigantyczne straty.

Niech zatem banki nie zwalają wszystkiego na słabnącą gospodarkę. Niech wezmą część odpowiedzialności na siebie. A wtedy przyjdzie pora, aby porozmawiać o konsekwencjach, bo na razie ponoszą je tylko ich akcjonariusze.