Stany Zjednoczone w minionym tygodniu wyraźnie pokazały swoją determinację w dążeniu do rozpoczęcia wojny z Irakiem. Inwestorów ta wizja już nie przeraża. Ponieważ w mediach omówiono już wiele różnych scenariuszy konfliktu, w tym również najbardziej pesymistyczne, zakładające wzrost cen ropy do 100 USD za baryłkę, przypuszczam, że wszystkie zostały już uwzględnione w decyzjach inwestycyjnych. Zatem wojna, w perspektywie najbliższych sesji, nie powinna giełdom wyrządzić krzywdy. Ponieważ zyski amerykańskich korporacji za ostatni kwartał zeszłego roku też z reguły odpowiadają oczekiwaniom, chwilowo osłabły czynniki zachęcające do wyprzedaży akcji. Znajduje to odzwierciedlenie w przebiegu notowań.
Widać to na przykładzie średniej przemysłowej Dow Jones.
Słabsza podaż w USA
Pod koniec poprzedniego tygodnia indeks skupiający największe amerykańskie firmy wybił się z kilkudniowej konsolidacji, którą można było interpretować jako flagę. Jednak po wybiciu z niej w dół tempo, w jakim DJIA traci na wartości, jest niższe niż przed ukształtowaniem formacji. W trakcie czwartkowej sesji indeks odrobił ponad 100-punktową stratę. To podważa "flagową" interpretację wykresu. Nie wykluczyłbym, że zbliża się kilkudniowe odreagowanie, przy czym jego siła, przynajmniej na amerykańskim rynku akcji, nie powinna być duża. Nie uważam, że kupujący będą w stanie zagrozić trendowi spadkowemu, w którym średnia przemysłowa znajduje się od połowy stycznia. Ewentualny wzrost mógłby sięgnąć 8100 pkt., od którego to poziomu rozpoczęło się "psucie" zniżkującej tendencji.
Od czterech tygodni DJIA bardzo konsekwentnie zmierza w kierunku dołka z 9 października 2002 roku (7286 pkt.) i wszystko wskazuje na to, że cel ten będzie zrealizowany. Dopiero przekroczenie wspomnianych 8100 pkt. zmusi mnie do rewizji tego poglądu. Przy czym nawet takie zachowanie indeksu największych amerykańskich firm będzie dla mnie oznaczać raczej odroczenie powrotu do bessy, niż zaprzeczenie negatywnego scenariusza.