Inwestorzy zagraniczni, lokujący swoje środki na giełdach w krajach rozwijających się, wycofywali swoje środki z Istambułu. Największy odpływ gotówki z tureckiego rynku zanotowano we wtorek. Niestety, mimo nadziei inwestorów na to, że zasilą one między innymi warszawską GPW - tak się nie stało.
Kierunek Praga i Budapeszt
Większość aktywów ulokowano w papiery notowane na giełdzie węgierskiej. - Zarządzający aktywami wykorzystali "lokalną górkę" na rynku w Istambule i pozbywali się tureckich akcji. Inwestycje zamieniali na walory węgierskie. Na giełdzie w Budapeszcie mieliśmy we wtorek do czynienia z rekordowymi obrotami - powiedział Grzegorz Stulgis, zarządzający Credit Suisse Asset Management.
W ostatnich dniach sporo aktywów przeniosło się także z rynków "zagrożonych" do Pragi. Oba indeksy, praski i budapeszteński, od połowy marca zyskały już blisko 10% - w tym czasie WIG20 praktycznie nie zmienił swojej wartości.
Zdaniem specjalistów, zarządzający funduszami typu emerging markets (lokującymi w krajach rozwijających się), nie chcą inwestować w Polsce z kilku powodów. - Trwa wojna i dopóki nie rozwiąże się sytuacja w Iraku, nie możemy liczyć na powrót zainteresowania polskim rynkiem. Z drugiej strony zbliżamy się do daty referendum unijnego i może wystąpić analogia z tym, co działo się na rynku, gdy w Irlandii głosowano ratyfikację traktatu nicejskiego, (był on podstawą do decyzji o rozszerzeniu Unii Europejskiej m.in. o Polskę - red.). Do chwili podania wyników, aktywność inwestorów w Polsce była znikoma. Po trzecie, faktycznie wzrosło ryzyko polityczne, a rządowi mniejszościowemu ciężej będzie przygotować naszą gospodarkę do norm unijnych - uważa Marcin Mróz, główny ekonomista Societe Generale.