Są dwa powody, dla których można mówić o wyjątkowym marazmie na GPW. Pierwszy to niewielki zakres zmian najważniejszych indeksów. Różnica między wartością WIG20 na koniec marca i koniec lutego wynosi tylko 6 punktów. W całym miesiącu wyróżnić można tylko jedną interesującą sesję, kiedy na początku drugiego tygodnia indeks wzrósł ponad 3%. Od tamtej pory WIG20 praktycznie stoi w miejscu. Indeksy giełd zagranicznych na wieść o wkroczeniu wojsk amerykańskich na terytorium Iraku rozpoczęły silny wzrost, który dość szybko załamał się, kiedy okazało się, że operacja nie będzie przebiegać tak błyskawicznie, jak się w pierwszej chwili wydawało. Spokój, z jakim nasza giełda podeszła do konfliktu, z jednej strony wydaje się racjonalny, np. na tle emocjonalnych skoków niemieckiego DAX, z drugiej na rynku, na którym nic się nie dzieje, niewielu jest inwestorów.
Niskie obroty to drugi powód, dla którego ostatnie tygodnie na GPW zaliczyć można do wyjątkowo nudnych. W marcu właściciela zmieniło ok. 85 mln akcji. To wprawdzie o jedną czwartą więcej niż w lutym (najgorszy miesiąc od grudnia 1997 roku), ale też jedną czwartą mniej niż w marcu 2002 roku. Na coraz niższe przychody z prowizji giełda zareagowała zwolnieniami pracowników. Od początku roku pracę straciło 18 osób (z niecałych 200 zatrudnionych), pensje pozostałych zostały zredukowane o 5%.
Państwo przeszkadza
jak może
Oprócz czynnika wojennego, na głównego przeszkadzającego w giełdowym obrocie wyrasta państwo, a dokładniej reprezentujące je urzędnicy. Mimo płynących z wielu źródeł protestów (ekonomiści, inwestorzy), 20-proc. podatek od zysków giełdowych zamierza wprowadzić minister finansów Grzegorz Kołodko. W zgodnej opinii specjalistów, może to wygonić z rynku nieliczną garstkę inwestorów indywidualnych. Inwestorów instytucjonalnych mogły zrazić do rynku groźby dokapitalizowania Kompanii Węglowej akcjami Telekomunikacji Polskiej i KGHM.