Przypomnę dwa pytania i dwie odpowiedzi. Bo dla mnie był to najsmaczniejszy prasowy kąsek sobotniego świtu. "Czy zgadza się Pan ze stwierdzeniem, że Rotch Energy jest wehikułem, który ma umożliwić przejęcie Rafinerii Gdańskiej i na tym nieźle zarobić" - pyta PARKIET Macieja Giereja, prezesa Nafty Polskiej. "Tak" - odpowiada rozmówca gazety. "Po co więc taki pośrednik finansowy? Czy działa on na zlecenie znanego biznesmena, doktora Jana Kulczyka? Czy Nafta Polska nie umie sprzedać akcji RG bezpośrednio wybranemu podmiotowi?" - pyta dalej Ewa Bałdyga z PARKIETU. "Nie umiem nawet tego skomentować" - przyznaje pan prezes, zapewniając dalej m.in., że "nie stoi za Rotchem". Mogę tylko ironizować, że cieszy nas to niesłychanie, zważywszy zwłaszcza na to, że szef NP musi być absolutnie niezależny od potencjalnych kontrahentów.
Ale emocje na bok. Ja, jak zwykle bezczelnie, pójdę nieco dalej. Dla mnie, wobec takiej deklaracji bezradności i dotychczasowych efektów "pracy", równie zbędnym wehikułem co Rotch jest sama Nafta Polska. I nie chodzi o samego prezesa Giereja, tylko koncept funkcjonowania NP. Bo, poza licznymi synekurami dla "znajomych królika", nie widzę żadnego sensu istnienia takiej konstrukcji.
A na razie sytuacja w sektorze to jeden wielki pat, obniżający wycenę poszczególnych elementów układanki. Co więcej, dopuszczenie do wyłączności na negocjacje dla szerzej nie znanej firmy R. samo w sobie jest, delikatnie mówiąc, cokolwiek zastanawiające. Tolerowanie dziwacznych konstelacji biznesowo--politycznych wydaje się tymczasem pozostawać w sprzeczności z górnolotnymi deklaracjami o chęci zapewnienia bezpieczeństwa energetycznego Polski. Jeśli w sprawie tak ważnej, jak przyszłość sektora paliwowego, obserwujemy taki zamęt, to lepiej nie myśleć, co dzieje się w innych równie ważnych i atrakcyjnych sprawach, jak np. kontrakty zbrojeniowe.
Wracając do paliw i nie tylko - jedno wydaje się oczywiste: Nafta Polska stoi w nieuleczalnym rozkroku. Ma, przez sensowną prywatyzację, zapewnić sukces i stabilność dwóch de facto konkurencyjnych firm. Ma też zrobić "coś" z rafineriami południowymi. Jakoś wydaje mi się, że nie robi niczego. Może jestem niesprawiedliwy, ale odnoszę wrażenie, że decydenci nie zdają sobie sprawy, że, poza atrakcyjnymi fotelami są jeszcze tysiące pracowników sektora i akcjonariuszy bezpośrednich. I zapewne dziesiątki tysięcy uczestników funduszy emerytalnych, które kupowały akcje Orlenu.
I jakkolwiek wygląda to wszystko na bezczelną zabawę kilkunastu facetów, to warto uświadomić im, że nie jest to tylko ich sprawa. Cieszę się, że krytycznie o stanie spraw w sektorze wypowiedział się Andrzej Olechowski, menedżer, który niesłusznie kojarzony jest pewnie z tym dziwadłem, na które wyrosła Nafta Polska. Problem tylko w tym, że Olechowski, jak i kilku innych facetów, nie jest ostatnio specjalnie w modzie. Czego skutkiem jest coraz większy chaos, obniżający wartość naszych, naprawdę sensownych przedsiębiorstw. I bardzo, bardzo ważnego sektora. O który gra rozkręca się na dobre.