Pod koniec marca ComArch ogłosił wezwanie do sprzedaży 361 tys. własnych akcji. Integrator płacił za każdy papier 32,2 zł (brutto). Inwestorzy masowo postanowili skorzystać z możliwości zbycia akcji, w związku z czym stopa redukcji zapisów wyniosła 71,65%. Część swoich akcji sprzedali również główni akcjonariusze: Elżbieta i Janusz Filipiakowie. Kontrolują oni ComArch dzięki walorom imiennym (mają 1,645 mln sztuk) oraz papierom zwykłym, których przed wezwaniem mieli wspólnie 1,62 mln. Po wezwaniu spółka opublikowała komunikat, że każde z nich zbyło po 102 tys. akcji zwykłych. Żeby sprzedać taki pakiet (po 102 tys. walorów), osobno musieli zatem zgłosić chęć sprzedaży po co najmniej 360 tys. akcji. Tymczasem z analizy wcześniejszych transakcji dokonywanych przez Elżbietę Filipiak papierami krakowskiego integratora wynikało, że przed wezwaniem dysponowała ona pakietem zaledwie 268,2 tys. akcji. Zachodziło zatem podejrzenie, że w jej przypadku stopa redukcji złożonych zapisów była mniejsza.

Wyjaśnienie całego zamieszania leży po stronie niewłaściwie sformułowanego komunikatu, który opublikował ComArch. - Przeprowadziliśmy odpowiednią analizę i mogę zapewnić, że transakcje w wezwaniu zostały przeprowadzone prawidłowo - powiedział nam Michał Stępniewski, rzecznik KPWiG. - Mamy z żoną wspólny rachunek inwestycyjny i osobne rachunki inwestycyjne. Odpowiedzieliśmy na wezwanie z dwóch różnych rachunków - tłumaczył PARKIETOWI Janusz Filipiak, prezes ComArchu. Problem tkwił zatem w fakcie, że część akcji, o których sprzedaży poinformowała Elżbieta Filipiak, tak naprawdę pochodziła ze wspólnego rachunku inwestycyjnego.

Jak zapewnił nas Rafał Chwast, członek zarządu ComArchu, żeby uniknąć podobnych niejasności, integrator będzie od tej pory jasno definiował, na jakim rachunku będą dokonywane ewentualne transakcje dotyczące akcji spółki, podejmowane przez głównych udziałowców w przyszłości.