Pomimo skrajnego poziomu optymizmu obserwowanego na rynku akcji w USA (patrz wskazania sondaży Investors Intelligence) - poziomu, który w okresie minionych 3 lat zawsze stanowił idealny punkt do zamknięcia długich pozycji - S&P 500 cały czas oscyluje tuż poniżej 6-letniego oporu. Jest on wyznaczany przez linię szyi gigantycznej formacji głowy z ramionami, którą rynek opuścił dołem w lipcu 2002 r. Dopóki na giełdach w USA będzie trwał flirt z tym oporem, nasz rynek akcji może kontynuować obecne próby nadrobienia zaległości w stosunku do innych giełd środkowoeuropejskich. Oczywiście nasze akcje mogą wydawać się fundamentalnie drogie w porównaniu ze swoimi środkowoeuropejskim odpowiednikami, ale ciągle wierzę w wystąpienie w ciągu najbliższego 1,5 miesiąca procesu realokacji środków w ramach regionu na rzecz naszego rynku (w lipcu WIG 16 tys., WIG20 powyżej 1300 pkt). Pytanie tylko, czy rynki amerykańskie dadzą nam tyle czasu.

Wierzę, że tak. Po pierwsze, dwa poprzednie przypadki zbliżonego do obecnego poziomu optymizmu w USA, z grudnia 2002 oraz stycznia 2001 r., pojawiły się na pierwszych maksimach tego, co z czasem okazało się "podwójnymi szczytami" (drugie maksima to odpowiednio marzec 2001 oraz styczeń 2003 r.). To dawałoby 5-10 tygodni zanim ceny akcji w USA zaczną zdecydowanie spadać. Po radę można się zwrócić również do japońskiego rynku akcji, który dokładnie 10 lat temu pomiędzy majem a wrześniem 1993 r. znajdował się w dokładnie takiej samej sytuacji technicznej jak S&P 500 obecnie. To znaczy testował od dołu dolne ograniczenie wieloletniej formacji szczytowej, której formowanie się w latach 1987-1992 towarzyszyło schyłkowi inwestycyjnej "bańki" w Japonii. Nikkei podrażnił wtedy "niedźwiedzie" dwukrotnym ponad 4-proc. przebiciem w górę kluczowego oporu wyznaczanego przez minimum z października1990 r. Sądzę, że i teraz należy pogodzić się z możliwością podobnych prób zasiania przez rynek wątpliwości w obozie "niedźwiedzi" poprzez tymczasowe przebicie poziomu 965 pkt na S&P 500.