Wczorajsza sesja rozpoczęła się na fali optymizmu, jaki ujawnił się dzień wcześniej na rynku amerykańskim. Tamtejsze indeksy sięgnęły poziomów w tym roku jeszcze nie notowanych. Po prostu musieliśmy na to zareagować. Otwarcie na poziomie o 10 pkt wyższym od poprzedniego zamknięcia można uznać za mocną reakcję, a biorąc pod uwagę ostatnią zmienność, można nawet powiedzieć, że rynek zaszalał.

Później było już normalnie. Nie licząc porannej luki zmienność na sesji wyniosła 10 pkt, czyli zgodnie z obserwowanym ostatnio standardem. Obrót także nie był wysoki. Trzeba także wziąć pod uwagę, że obecnie mamy proces przechodzenia z jednej serii na drugą, co sztucznie wzmaga wielkość obrotu. Zanotowane wczoraj prawie 12 tysięcy sztuk nie jest specjalnie wyróżniającym się wynikiem. Mała aktywność była oczekiwana ze względu na specyfikę dni poprzedzających "długi weekend". Na szczęście w czasie sesji działo się całkiem sporo ze względu na mnogość publikacji danych makro. Rano dotyczyły one krajów europejskich, a po południu otrzymaliśmy kolejną porcję danych z USA. Można podejrzewać, że gdyby nie te publikacje, rynek zupełnie by siadł.

Na szczęście nie siadł, a nawet mieliśmy ciekawą sytuację, gdy kontrakt serii czerwcowej pokonał najwyższy poziom z 9 czerwca. Oznacza to odnotowanie nowego maksimum całej powolnej zwyżki od dołka z 5 marca 2003 r. Można by oczekiwać, że nowe szczyty zaktywizują popyt, ale nic takiego nie miało miejsca. Rezerwę do wzrostów dobrze było widać na serii wrześniowej, gdzie wielkość bazy dochodziła do minus 19 pkt. Wzrost cen serii czerwcowej był podyktowany jej rychłym wygaśnięciem. Musiała się ona "trzymać" blisko indeksu, mimo że ten zawdzięczał swój wzrost wcale nie najważniejszym spółkom.