Chodzi tu o kontrowersje związane z datą wprowadzenia na Wyspach euro.
Prodi nawiązał bezpośrednio do ogłoszonej 9 czerwca decyzji rządu brytyjskiego, dotyczącej wspólnej waluty europejskiej. Ponieważ nie wskazała ona jednolitego stanowiska, Prodi w wywiadzie dla BBC powiedział, że Zjednoczone Królestwo powinno wreszcie się zdeklarować, czy chce być w Europie, czy też poza nią. Przewodniczący KE wyraził pogląd, że słynne "jeszcze nie" ogłoszone przez ministra finansów Gordona Browna było podyktowane względami politycznymi, a nie ekonomicznymi. - Wielka Brytania miała szansę pływać po morzu europejskim, ale nie skorzystała z niej - stwierdził Prodi.
Jednocześnie przewodniczący Komisji przyznał, że premier Tony Blair miałby spore kłopoty z wygraniem referendum w sprawie euro. Zdaniem Prodiego, odwlekanie kwestii referendum i przystąpienia do strefy euro jest symptomem głębokich problemów politycznych. Nie sprecyzował dokładnie, co ma na myśli, jednak "amerykański kontekst" wypowiedzi pozwala przypuszczać, że kwestia euro to dla Komisji Europejskiej dowód na uprawianie przez Londyn polityki balansowania na granicy Europy z ciągłym oglądaniem się na Waszyngton.
Bruksela zdradzała ostatnio oznaki irytacji deklaracjami Browna i Blaira na temat pełnego zaangażowania Wielkiej Brytanii w sprawy Unii Europejskiej, przy jednoczesnym dystansie wobec wspólnej waluty. Według ekspertów, odroczenie terminu wprowadzenia euro to cena, jaką Londyn musiał zapłacić za proamerykańską politykę w sprawie Iraku. Spadek poparcia dla instytucji europejskich w społeczeństwie brytyjskim był reakcją na stanowisko Paryża i Berlina w sprawie konfliktu, a po wojnie przełożyło się to na większy sceptycyzm wobec wspólnej waluty. W takich warunkach - przy sondażach wskazujących na zaledwie 30% poparcia dla euro w Wielkiej Brytanii - rozpisywanie referendum byłoby zbyt ryzykowne.