"Strona unijna boi się, że nowi członkowie mogą się okazać ponad jej siły adaptacyjne. Stąd pojawił się pomysł podzielenia krajów na dwie grupy - duże kraje, czyli Wyszehrad, i małe. Domniemywa się, że kraje małe będzie można łatwo skonsumować i zaakceptować i one weszłyby pierwsze" - powiedział Michalski.
Część z krajów Grupy Wyszehradzkiej, m.in. Czechy, nie spieszą się do szybkiego przyjęcia euro, planując przyjęcie europejskiej waluty na ok. 2010 rok.
Michalski zaznaczył, że nawet gdyby Polska spełniła wszystkie warunki formalne (kryteria konwergencji z Maastricht), strona unijna, czyli Komisja Europejska i Europejski Bank Centralny (EBC), mogłaby przedłużać negocjacje, gdyż "nie widać po tamtej stronie zachwytu do szybkiego rozszerzenia strefy euro".
Dotychczas Polska deklarowała chęć przyjęcia euro tak szybko, jak jest to możliwe, czyli w 2007 roku. Stanowisko to było i jest szczególnie zaznaczane przez przedstawicieli Narodowego Banku Polskiego (NBP) oraz byłego już ministra finansów Grzegorza Kołodko. Ostatnio jednak nowy wicepremier ds. gospodarczych Jerzy Hausner mówi, że nie jest przywiązany do tej daty i rozważa możliwość jej odsunięcia w dalszą przyszłość - do 2008-2009 roku.
"Jeśli będziemy polegać głównie na popycie wewnętrznym jako źródle wzrostu gospodarczego, to może będzie właśnie warto odłożyć wejście do strefy euro. Będzie to prosty rachunek korzyści i ewentualnych kosztów" - powiedział Michalski. "Uważam jednak, że lepiej wejść wcześniej niż później" - dodał.