Wczorajsza sesja swoim przebiegiem mogła zaskoczyć niejednego inwestora. Zamiast spokoju i marazmu, jaki zawsze u nas bywał, gdy brakowało sesji w USA, mieliśmy mocny wzrost cen. Rosły one w dość dobrym stylu i wyszły na nowe maksima trwającego od marca trendu.
Głównym motorem zwyżki był popyt na rynku kasowym. Do chwili rozpoczęcia na nim notowań, gracze na rynku terminowym przyjęli postawę bierną. Gdy jednak pokazali się znowu chętni do kupna papierów największych spółek nie pozostało nic innego, jak także kupować kontrakty. Kupowano je, ale cały czas notowano sporą rezerwę w stosunku do rozwoju sytuacji na rynku akcji. Cena kontraktu przez całą sesję utrzymywała się poniżej poziomu indeksu. Różnica ta przekraczała momentami 20 pkt.
Skąd te wątpliwości? Po pierwsze, brak w piątek sesji w USA. Nie były notowane tamtejsze kontrakty, a po czwartkowej skróconej sesji tak naprawdę nie wiadomo, jak rynek zareagował na kiepskie dane makro. Tego dowiemy się dopiero w poniedziałek i powstały obawy, że nie będzie to euforyczny wzrost. Brak wspomnianych notowań sprawił, że popyt dokonał pewnego rodzaju "samowolki" wykorzystując święto Dnia Niepodległości. Okazało się, że to był także dzień niepodległości naszego rynku od tego zza oceanu.
Po drugie, patrząc już tylko na wykres cen, można dojść do wniosku, że nadal przebywamy w kanale wzrostowym. W czasie sesji była próba wybicia poza jego obszar, ale podaż w końcówce notowań sprowadziła ceny z powrotem do kanału. To sprawia, że mimo nowych szczytów nadal możemy mieć do czynienia ze spadkiem cen po ewentualnym odbiciu się wykresu od ograniczenia kanału. By taki scenariusz mógł być realny potrzeba jakiś sygnałów sprzedaży. Może nim być np. zamknięcie poniedziałkowej sesji pod poziomem 1245 pkt.