Jest w Szkocji jezioro Loch Ness, które na cały świat słynie z tego, że podobno mieszka w nim potwór. Wielu go widziało, sporo narysowało. Było nawet kilka niewyraźnych i mało ostrych fotografii łba potwora, wystającego nad wodę. Jednak pewności, że potwór istnieje, nie ma i do tej pory trwają spory, czy Nessie, jak pieszczotliwie nazywają Szkoci owe bydlę, to jest gigantyczny wąż, czy ostatni wodny dinozaur, czy jakiś zmutowany krokodyl, czy po prostu żart.
Mniej więcej taką samą sytuację mamy w sprawie reformy finansów publicznych. Podobno trzeba ją zrobić, ale zachowanie osób za to odpowiedzialnych pokazuje, że pewności w tej sprawie im brak. Są już pierwsze szkice, nawet ogólnikowe plany, zatwierdzane w chwilach zmęczenia czy nacisków społecznych, ale tego, czy będzie reforma, nikt nie jest pewien. Ani też tego, jak miałaby ona wyglądać. Bo wiadomo, że to, co zostało ogłoszone i zaprezentowane, to tylko niewielka część zmian, jaką taka reforma musiałaby wprowadzić. Identycznie jak w przypadku Nessie - bo nikt nie ma złudzeń, że jeśli potwór istnieje, to jego wystający nad wodę łeb jest tylko niewielkim kawałkiem całego cielska.
Przykładowo - najbardziej znanym elementem reformy finansów publicznych są propozycje zmian w podatkach. Rząd zastrzega, że po zmianach podatkowych budżet musi mieć te same wpływy co przed nimi. Jednak przy takich samych wpływach nie będzie reformy finansów publicznych. Bo niby po co? Skoro jest tyle samo kasy do dzielenia? Co za różnica, że do budżetu trafia ona nie pod postacią podatku progresywnego, ale liniowego, pogłównego czy dzięki 45-proc. stawkom VAT.
Aby reforma mogła nastąpić, wpływów musi być mniej. Wtedy bowiem rząd będzie musiał usiąść i przyjrzeć się, z czego należy zrezygnować. Czy z inwestycji, czy z autostrad, czy rozbudowanej opieki społecznej? Mało tego - ministrowie będą musieli przyjrzeć się swoim resortom i stwierdzić, jakie przepisy i które departamenty są po prostu niepotrzebne.
Problem polega na tym, że żaden z szefów resortów nie ma pojęcia, z czego mógłby zrezygnować. Bo od wizji - zwłaszcza bardzo mętnych i ogólnych - są ministrowie, a od szczegółów - departamenty i zatrudnieni tam urzędnicy. I to oni mieliby opracować dokładne rozwiązania, z czego i kogo resorty miałyby się odchudzić. Proszę sobie wyobrazić dyrektora Iksińskiego z departamentu licencjonowania wody mineralnej, który przyjdzie do ministra i mówi, że tak naprawdę nie ma sensu wydawać na to licencji. Oczywiście, tak idiotycznych departamentów jeszcze nie mamy, ale w sumie - czy np. licencje na usługi turystyczne albo zezwolenia na doradztwo podatkowe nie są równie głupie? Czy konieczna jest dyrekcja do spraw budowy dróg i autostrad, skoro autostrad nie ma, za to dyrekcja ma coraz więcej serwisów do herbaty czy kawy? Albo po co komu minister do spraw infrastruktury, która powstała przed pojawieniem się ministra, a nowej nie ma?