Reklama

Weekendowa Analiza Futures

Dziwny to był tydzień. Początek zaczął się udanie dla posiadaczy długich pozycji. W poniedziałek mieliśmy całkiem przyzwoity wzrost. Zanotowano nowe maksimum trendu trwającego już od marca. We wtorek ceny wyszły jeszcze wyżej, ale sesja nie zakończyła się równie optymistycznie jak poniedziałkowa. Byki po zaliczeniu nowych maksów nie były w stanie ich utrzymać. To tknęło część graczy do sprzedaży. W środę początek sesji był przyzwoity, ale już przed południem coś się zaczęło psuć. Cała reszta se

Publikacja: 03.08.2003 21:41

Dziwny to był tydzień. Początek zaczął się udanie dla posiadaczy długich

pozycji. W poniedziałek mieliśmy całkiem przyzwoity wzrost. Zanotowano nowe

maksimum trendu trwającego już od marca. We wtorek ceny wyszły jeszcze

wyżej, ale sesja nie zakończyła się równie optymistycznie jak

poniedziałkowa. Byki po zaliczeniu nowych maksów nie były w stanie ich

Reklama
Reklama

utrzymać. To tknęło część graczy do sprzedaży. W środę początek sesji był

przyzwoity, ale już przed południem coś się zaczęło psuć. Cała reszta sesji

to powolny spadek, który przybrał na sile w końcówce (minimum na

zamknięciu). Nie dość, że nowe maksy nie pociągnęły za sobą kupujących, to

jeszcze ceny zjechały pod poziom, który był maksimum w poprzednim tygodniu.

Wydawało się, że podaż powoli przejmuje inicjatywę. Jednak to dwa ostatnie

Reklama
Reklama

dni tego tygodnia miały zadecydować o faktycznym stanie rynku. Obfitowały

one w dane makro dotyczące gospodarki amerykańskiej. Miały pomóc w

określeniu, czy nadzieje na ożywienie znajdą uzasadnienie w rzeczywistości.

Trwa debata na temat wyboru kandydata na wolne miejsce w RPP. Potwierdziły

się przypuszczenia, że kandydatura G. Kołodki była jedynie straszakiem.

Obecnie najpoważniejszym kandydatem jest obecny wiceminister Jan Czekaj. Ta

Reklama
Reklama

propozycja przyjęta została przez analityków już znacznie lepiej, choć

oczywiście widzieliby oni na tym miejscu jeszcze kogoś innego, ale polityki

nie da się przeskoczyć. "Uważam, że ta kandydatura jest wynikiem kompromisu

wewnątrz SLD. Oczekiwania rynku oczywiście były dużo dalej idące. Powinien

to być kandydat ponadpartyjny, merytorycznie spełniający wszelkie kryteria,

Reklama
Reklama

a jednocześnie odległy od partii. Można było się spodziewać, że będzie to

ktoś jeszcze mniej partyjny niż kandydatura prof. Czekaja" - powiedział

Janusz Jankowiak, główny ekonomista BRE Banku. Panie Januszu, trochę

realizmu! Chyba niewiele osób się spodziewało, że faktycznie SLD zdobędzie

się na taki gest. No, ale może trzeba tak mówić publicznie, by ciągle cisnąć

Reklama
Reklama

w słusznym kierunku. Zresztą, co by nie myśleć, wiadomo, że do Rady wejdzie

kolejny gołąbek. A to sprawi, że pozycja Balcerowicza ponownie będzie

uprzywilejowana i to od niego w dużej mierze zależeć będą kolejne ruchy

Rady. Przynajmniej do momentu wymiany jej składu. Poglądy Czekaja na

działalność Rady są ogólnie znane. Jego zdaniem nie tylko poziom inflacji

Reklama
Reklama

powinien być czynnikiem wpływającym na decyzje podejmowane przez Radę.

Należy także brać pod uwagę takie czynniki jak: tempo wzrostu gospodarczego

czy poziom bezrobocia. Jeśli Jan Czekaj zostanie wybrany 26 sierpnia to

będzie już mógł wziąć udział w posiedzeniu Rady, które właśnie zacznie się

26 i będzie trwało dwa dni. Z kronikarskiego obowiązku można dodać, że

pojawiła się inna kandydatura do RPP. Wysunęła ją PO. Kandydatem tego

ugrupowania jest profesor Jan Winiecki. Niestety nie ma ona poważnych szans

na sukces w głosowaniu.

Sam proces doboru kandydatów pozwala wyrobić sobie wstępne zdanie o tym, co

nas czeka na początku przyszłego roku. Dość jasno wyklarował to wspomniany

już Janusz Jankowiak w ostatnim numerze Wprost. Samowolka przy wyborze

członków Rady w dość łatwy sposób może przenieść się na rentowność

długoterminowych papierów wartościowych, jak przejaw podwyższenia oczekiwań

inflacyjnych. To będzie miało bezpośrednie przełożenie w podwyższeniu kosztu

finansowania długu publicznego. Wg BRE podwyżka stóp długoterminowych o 1

pkt bazowy to ok. 6 mln złotych więcej na koszty finansowe. Czy polityków

stać na takie ekstrawagancje? Można mieć tylko nadzieję, że argumenty

ekonomistów dotrą do większości posłów na tyle, by kandydatury takie jak

Kołodko nie miały poważnych szans na poparcie.

i spółek wchodzących w skład

indeksu, a i tak nie wszystkie. Odrzucając blotki pozostaje nam kilkanaście

publikacji. Myślę, że nie będzie problemu w ich ogarnięciu. W tym tygodniu

otrzymaliśmy informację o przychodach grupy TPS oraz samej TPS. Przychody

spółki matki po dwóch kwartałach spadły w porównaniu z pierwszym półroczem

ubiegłego roku z 7,52 mld na 7,26 mld złotych. Nie było to jednak

zaskoczenie i nie wpłynęło znacząco na poziom notowań spółki. Swoje wyniki

podał także BZ WBK. Tu także wynik był gorszy do tego z roku ubiegłego. W II

kw 2003 grupa wypracowała 61,08 mln złotych zysku podczas gdy w II kw 2002

było to 72,5 mln złotych. Mimo to taki wynik został przyjęty przez rynek z

zadowoleniem, gdyż prognozy były jeszcze niższe i oscylowały wokół 51,6 mln

złotych. Wreszcie swoje osiągnięcia z II kw opublikował także Orbis. Zysk

netto spółki w II kw. wyniósł 38,54 mln złotych. Rok wcześniej było to 20,28

mln złotych. Wzrost zysku został osiągnięty przy spadających przychodach z

173,59 do 160,14 mln złotych. Na poziomie operacyjnym wzrost zysku był już

znacznie mniejszy (z 25,96 do 27,94 mln złotych). Taki wzrost wyniku netto

nie był zaskoczeniem dla analityków. Jest to bowiem konsekwencja sprzedaży

pakietu 9,9% Polcardu.

W tym tygodniu pojawiły się ciekawe informacje dotyczące gospodarki Niemiec.

Mamy tu interesującą rozbieżność dwóch ośrodków badawczych. Jednym z nich

jest Morgan Stanley. Jego analityk, Elga Bartsch podniosła prognozę wzrostu

niemieckiego PKB w 2004 roku do 2,1% z wcześniejszych 1,7%. Nadal ta

prognoza jest uważana za konserwatywną. To dość miłe informacje i oby miały

pokrycie w rzeczywistości. Ta rewizja prognozy dotyczącej PKB jest wynikiem

zmian prognoz dotyczących wydatków konsumpcyjnych i inwestycyjnych. Pani

Bartsch pokłada duże nadzieje w programie obniżki podatków osobistych, co ma

zaktywizować małych i średnich przedsiębiorców. Co w tym interesującego?

Niby nic, ale gdy przeczytamy ostatnie prognozy Rheinisch-Westfaelischer

Institut fuer Wirtschaftsforschung (RWI), jednego z sześciu czołowych

niemieckich instytutów badawczych, to można odnieść wrażenie, że mowa jest o

innej gospodarce. Według instytutu w tym roku PKB w Niemczech spadnie o

0,2%, co jest dużą zmianą wobec wiosennych prognoz mówiących o wzroście o

0,6% (prognoza rządowa nadal mówi o +0,75%). Co ważne dokonano także rewizji

prognozy na rok 2004, która jest niemal lustrzanym odbiciem opisywanej wyżej

zmiany Morgan Stanley. Według RWI w 2004 PKB nie wzrośnie o 2%, jak było

mówione wcześniej, ale o 1,8%, z czego 0,3% ma być wynikiem wspomnianej

obniżki obciążeń podatkowych. Kto ma rację? Jedno jest pewne. Obniżka

podatków powinna pomóc odradzającej się gospodarce Niemiec. Jest to zatem

potencjalny czynnik wzrostu popytu na nasz eksport.

Według publikacji o sytuacji na rachunku bieżącym z tego tygodnia można

stwierdzić, że na razie eksport trzyma się całkiem nieźle jak na sytuację

światową i notuje wzrost o ponad 8% w stosunku do wielkości eksportu z

analogicznego okresu ubiegłego roku. Przy małym wzroście importu

zanotowaliśmy spadek deficytu na rachunku bieżącym do nieco ponad 80 mln

euro. Prognozy były znacznie wyższe (250-260 mln euro). Ocenia się, że

tendencja wzrostu eksportu pewnie w najbliższym czasie osłabnie. Rosną

nadzieje na ożywienie, a tym samym na wzrost wydatków inwestycyjnych, które

mają pociągnąć za sobą import. Wzrost importu, który powinien pojawić się w

IV kw podwyższy nieco wielkość deficytu w wymianie z zagranicą. Na imporcie

mogą także zaważyć wzrosty cen na rynku ropy naftowej. W piątek ceny

wrześniowych kontraktów na ten surowiec wyszła ponad poziom szczytu

ustanowione euro, może

spowodować spotęgowanie impulsu wzrostu importu oraz napięć inflacyjnych. Te

pojawią także w związku z mniejszymi zbiorami zbóż w tym roku. Rosną ceny

pasz, które mogą wpłynąć na wzrost cen mięsa na przełomie roku 2003 i 2004

lub początku 2004. Prognozuje się, że wtedy zostanie ustanowiony szczyt

produkcji zwierzęcej. Pod koniec I kw 2004 inflacja może być podlegać sporym

naciskom. No, ale do tego czasu jeszcze trochę brakuje. Ceny surowców

energetycznych mogą do tego czasu spaść. Zwłaszcza jeśli ruszy na szerszą

skalę wydobycie w Iraku.

Przejdźmy jeszcze na chwilę do tego, co działo się w czwartek i piątek w

USA. To miały być dwa kluczowe dni ze względu na publikację najważniejszych

w ostatnim okresie danych makro. W czwartek sesja w Stanach zaczęła się

bardzo dobrze po znacznie lepszych od oczekiwanych danych dotyczących

dynamiki PKB w II kw. Zostały rozbudzone nadzieje, ale mimo to końcówka

sesji, zamiast być optymistyczną, byłą słaba. Indeksy oddały ponad połowę

swojego wcześniejszego wzrostu. W przypadku Dow.gif było to już po

zaliczeniu nowego maksa wzrostu. Coś podobnego mieliśmy u nas we wtorek. U

nas po takiej sesji nastąpił środowy spadek. Amerykanie mieli swój w piątek.

W piątek opublikowano szereg kolejnych danych, z których wybijały się dane z

rynku pracy. Kolejny spadek ilości miejsc pracy oraz rewizja danych majowych

powiększająca wcześniejszą wartość spadku tej wielkości nie zbudziła

entuzjazmu. Wprawdzie stopa bezrobocia spadła z 6,4 do 6,2, ale sporo w tym

sztuczek statystycznych.

Dane się nie spodobały (nawet to PKB się nie podobało już tak bardzo jak na

początku skoro było głównie wynikiem wzrostu wydatków wojskowych), ale to

przypuszczalnie nie jedyny czynnik osłabienie na rynku akcji. Innym pewnie

można uznać spadki na rynku obligacji obligacje.gif Jak to? - może ktoś

zapytać. Przecież spadek na rynku obligacji wskazuje, że te papiery nie

znajdują chętnych, a tym samym można domniemywać, że pieniądz wędruje na

rynek akcji. Problem w tym, że rynek widzi także coś innego. Spadek cen

obligacji przekłada się na wzrost rynkowych stóp procentowych, a te są

podstawą do określania kosztów kredytów. Obecnie papierkiem lakmusowym

amerykańskiej gospodarki jest rynek nieruchomości nadmuchany do wielkich

rozmiarów przez tanie finansowanie. Od miesiąca koszt kredytów hipotecznych

rośnie. Czy w takiej sytuacji można się spodziewać, że ilość kredytów także

będzie rosła i rynek będzie się rozwijał? Balon się dziurawi. Już tylko

przypomnę, że to właśnie nieruchomości były czynnikiem podtrzymującym

dodatnią dynamikę amerykańskiego PKB. Teraz, gdy ten czynnik wygasa, a być

może wkrótce będzie oddziaływał negatywnie, to jakiego PKB można się

spodziewać? Czy pierwszy oznaki odradzania się gospodarki mają szansę na

kontynuację wzrostu, gdy koszt pieniądza rośnie? Odpowiedzi nasuwają się

same. Na razie na rynku pojawiają się głównie wypowiedzi uspokajające, że na

razie nie jest jeszcze źle, a spadek cen obligacji był wynikiem rekordowego

planu emisji długu przez Departament Skarbu. Pewnie jest w tym trochę racji,

jednak wzrost oprocentowania kredytów hipotecznych jest już faktem.

Ostatnio, w podobnej sytuacji reakcja na wzrost kosztów z postaci spadku

kwoty udzielonych kredytów hipotecznych była opóźniona o 3 miesiące od

chwili wzrostu tych kosztów. Jeśli szybko na rynku stóp procentowych nie

nastąpi duże odbicie, perspektywy mogą być fatalne. Wzrost gospodarczy może

być po prostu zarżnięty jeszcze zanim się na dobre zaczął. W tej chwili

gospodarka USA stoi na dwóch filarach: nieruchomościach i wojnie w Iraku.

Pierwszy z nich pęka. Jeśli się ten filar zawali, to wtedy Stany n borykał się

z poziomem zniesienia wynikającego z wysokości spadku, jaki miał miejsce w

styczniu br. zniesienie.gif Na wykresie tygodniowym mamy białą świecę, co ma

sugerować, że trend jest nadal wzrostowy FUTUREStyg.gif Nie da się tego

podważyć. Na razie w średnim terminie mamy wzrosty. Potwierdzają to nawet

krótkoterminowe wskaźniki ROCtyg_fut.gif RSItyg_fut.gif Jeśli spojrzymy na

wykres dzienny to także na razie nie można mówić o zawracaniu trendu

wig20fut.gif Nawet jeśli tera rynek miałby spaść, to spadek ten należałoby

rozpatrywać jako korekta wzrostu. Dlaczego miałby spaść? Ostatnie wydarzenia

sygnalizują, że popyt nie ma już takiej siły jak miał jeszcze parę tygodni

wcześniej. Obecnie mamy faktycznie ruch w bok. Nowe maksy przypominają, z

jakim trendem mam w średnim terminie do czynienia, ale fakt, że nie są one

bronione nie świadczy dobrze o bykach. W środę rynek zachował się słabo. W

czwartek popytowi udało się w dużej mierze tą środową słabość przekreślić,

ale nie udało się tego dokonać w 100%. Nie zostały wykreślone nowe maksy. W

związku z tym środowa słabość jest nadal aktualna. Nie jest więc wykluczone,

że rynek podda się spadkowi, ale pewnie nie będzie on zbyt głęboki. Wydaje

się, że maksimum, na co mogą liczyć niedźwiedzie to poziom 1250-60 pkt. Na

wskaźnikach opartych na danych dziennych padły sygnały sprzedaży, co jest

kolejną przesłanką za oczekiwaniem na korektę RSIdzienny_fut.gif

ROCdzienny_fut.gif CCIdzienny_fut.gif Nawet MACD jest już po sygnale

MACDdzienny_fut.gif Po ostatnich zachowaniach można przyjąć, że

prawdopodobieństwo spadku znacznie wzrośnie, gdy sesja we wtorek, albo nawet

już w poniedziałek zamknie się poniżej poziomu 1360 pkt.

Kamil Jaros

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama