W wtorek kontrakty na WIG20 ustanowiły nowy rekord w ramach obecnej hossy, ale nie zdołał zamknąć luki bessy z 21 lutego 2001 r. (1610 pkt). Zastanawiający jest też trzeci z rzędu górny knot na dziennej świecy oraz niezwykle wysokie obroty. Każdy z tych elementów z osobna nie znaczyłby zbyt wiele. Wszystkie razem sugerują bliskość lokalnego przesilenia.
Z drugiej strony kolejne rekordy indeksów są potwierdzane przez wskaźniki, takie jak RSI i MACD. Nie ma więc mowy o negatywnych dywergencjach oznaczających wytracanie impetu. Wynika z tego, że wspomniane wcześniej, niepokojące dla byków, objawy zapowiadają co najwyżej korektę w trendzie wzrostowym. O zbliżającej się korekcie można zresztą przeczytać w większości komentarzy. Dominuje opinia, że dzięki niej rynek zyska nowe siły i ruszy do góry ze zdwojonym impetem. Jak wiadomo na rynkach finansowych większość na ogół nie ma racji. Wynika z tego, że albo żadnej korekty na razie nie będzie, albo będzie początkiem końca hossy.
Wróćmy na moment do marca, kiedy hossa dopiero kiełkowała. Po każdym wzroście następowała korekta pochłaniająca jego większą część. Wielu komentatorów nazywało to trendem bocznym. W następnych miesiącach sytuacja powoli się zmieniała, to znaczy rynek rósł coraz szybciej, a korekty były coraz mniejsze w stosunku do poprzedzających je fal wzrostowych. W ten sposób tworzyła się hiperbola zwyżkująca.
Od początku lipca, kiedy to rynek ostro ruszył do góry na rynku kontraktów nie było ani jednego spadku większego niż 57 pkt. To mniej niż obecny dzienny zakres wahań. W ostatnich tygodniach proces ten jeszcze przybrał na sile, a wykres coraz bardziej przypomina pionową kreskę. W tej sytuacji każdy spadek wystarczający do schłodzenia rynku, musiałby spowodować załamanie hiperboli obejmującej całą hossę.