Wczorajszą sesję spokojnie można nazwać sesją widmo. Swoim charakterem nawiązywała do tego, czego byliśmy świadkami w pierwszej połowie roku, czyli mała zmienność przy znikomym zainteresowaniu publiczności. Na bazie takich dni raczej nie należy wyciągać zbyt daleko idących wniosków. Trzeba pamiętać, że to rynek. Każdej cenie odpowiada jakiś obrót, który do niej doprowadził. Im jest on mniejszy, tym cena jest mniej wiarygodna. Można bowiem obawiać się, że cena nie była wynikiem faktycznej równowagi między podażą a popytem, ale wynikiem działania, które ma za zadanie skrzywić obraz rynku.
Wczoraj niewielkim kosztem można było z łatwością ustawić każdy kurs. Na rynku kasowym wielkość obrotu na całej sesji wyniosła raptem 72 miliony złotych. Pamiętać trzeba, że faktycznie obrót liczony jest podwójnie. Dla każdej transakcji liczona jest zarówno wartość kupna, jak i sprzedaży. Zatem faktycznie przedmiotem obrotu były papiery o wartości 36 mln złotych. W porównaniu ze skalą kapitalizacji giełdy lub choćby free float jest to wielkość znikoma, a przecież, by ruszyć rynkiem, nie potrzeba wcale samemu składać zleceń. Pojawią się przypadkowi pomocnicy. Dochodzimy do tego, że nawet bardziej zamożny inwestor indywidualny był w stanie samodzielnie ustawić wczorajszą sesję. Abstrahując już od oceny takiego rynku, warto się zastanowić, czy w takiej sytuacji można mówić o wiarygodnych cenach.
Zachowania kursów nie należy oczywiście zupełnie lekceważyć, jednak w warunkach opisanych wyżej mają one ograniczone znaczenie. Więcej wagi przywiązywałbym do tego, co miało miejsce w piątek. Uważam, że nadal aktualne jest wybicie z klina. Zwłaszcza, że wczorajszy spadek zatrzymał się dokładnie na jego górnym ograniczeniu, co można wziąć za ruch powrotny.