Co do drugiej części Pańskiego pytania. Tu chodzi nie tyle o reformę finansów publicznych, ile o cięcia wydatków budżetowych. Oczywiście, że ktoś na nich ucierpi, i wiadomo kto: grupy upośledzone o najmniejszym potencjale protestu. Myślenie o utrzymaniu władzy nieraz wymusza jednak kroki dość radykalne: bywa, iż ocalenie elementarnej stabilności państwa i gospodarki wymaga drastycznego naruszenia interesów różnorodnych grup mniejszościowych. W praktyce jednak w myśleniu polityków występuje mechanizm gorączkowego poszukiwania nadziei, że coś uda się zrobić tańszym kosztem, że kiedyś tam zaistnieją bardziej korzystne warunki do przeprowadzenia trudnych decyzji, że tak naprawdę to nie wiadomo, jak jest z tym deficytem, że przecież można z tym żyć i występuje on często nawet w krajach bogatych, że w końcu nie jest pewne, jaki deficyt uda się sfinansować, a jaki nie.
Sfinansowanie deficytu to jedno, ale istnieją bariery ustawowe i konstytucyjne, ograniczające możliwość zadłużania się państwa.
Normy prawne odnoszące się do długu publicznego, jak zresztą wszelkie normy prawne, mają arbitralny charakter. Ekonomiści próbują przedstawić problem długu jako kwestię techniczną, nie podlegającą dyskursowi publicznemu, tak jak lekarze nie debatują z pacjentem i jego rodziną na temat, jaki antybiotyk mają zastosować. Nie podzielam tego punktu widzenia. W demokracji na dłuższą metę nie da się zignorować woli społeczeństwa.
Ale sytuacja nie jest beznadziejna, ponieważ bardzo rozwinęły się techniki ,,kreowania" tej woli. Jak trzeba, to bywa nawet tak, iż masy chcą wojny i rząd wojnę podejmuje. Wcale nie opowiadam tutaj scenariusza pewnego amerykańskiego filmu.
Ale Pan Profesor o abstrakcjach, a tu chodzi o konkretną sytuację zagrożenia przekroczeniem progów zadłużenia określonych w ustawie i konstytucji. Uchwalili je politycy i teraz powinni zrobić wszystko, żeby nie dopuścić do złamania przyjętych przez siebie zobowiązań. W odczuciu specjalistów nie dosyć, że przygotowali program balansowania na krawędzi, to jeszcze ociągają się z jego wdrażaniem. Czy politycy nie potrafią sobie wyobrazić skutków zaostrzenia kryzysu finansów państwa?
Politycy potrafią sobie wyobrazić jego konsekwencje, ale jednocześnie muszą być optymistami. Bez pewnej dozy optymizmu nie daje się wręcz rządzić. Politykom pomaga w tym myślenie historyczne. Dobrze go ilustruje taki oto aforyzm, który usłyszałem z ust ministra Bartoszewskiego: "Wracając do naszej kwestii. Politycy z rodzącej się w SLD opozycji wobec planu Hausnera myślą sobie i szepczą po kątach, że przecież już nie raz sytuacja była bardzo trudna. W 2001 r. minister Bauc mówił o 80 mld zł deficytu, a ostatecznie jakoś się ten problem udało załatwić. A może mniej ciąć, a zwiększyć wpływy do budżetu. Może coś by się udało uszczknąć z rezerwy rewaluacyjnej NBP, wszak są ekonomiści, którzy twierdzą, iż stanowi ona w istocie niezrealizowane zyski państwa. A może z tych miliardów wyprowadzonych przez koncerny farmaceutyczne itp. A może ciąć inne wydatki, na przykład na zbrojenia, a może naruszyć przywileje emerytalne służb mundurowych i aparatu wymiaru sprawiedliwości itd...