Czekamy na połajankę z Brukseli, gotowi z góry podejrzewać motyw zemsty. Dotąd Komisja Europejska nakładała różowe okulary, by nas zachęcić. Teraz próbuje się odegrać, bo rozbijamy konferencję międzyrządową twardym "Nicea albo śmierć". Co więcej, wróżono nam samotność, a okazuje się, że Hiszpania nie wymiękła, a szeregi buntowników zasilają kolejne kraje. W rewanżu Komisja Europejska zdjęła różowe okulary i nałożyła czarne. Tak powstał, wedle spiskowej teorii, tegoroczny "Progress Report", który odsyła Polskę na oślą ławkę jako najgorszy kraj kandydacki. Jeśli nawet tegoroczna ocena zabarwiona jest niechęcią, to interpretowanie tego dokumentu w kategoriach spiskowych jest zupełnie jałowe. Nie trzeba nam zewnętrznych recenzentów, by dostrzec polskie braki, widoczne gołym okiem. Dlatego warto potraktować raport Brukseli jako drogowskaz na najbliższe miesiące. Drogowskaz niewystarczający, bo nie oddaje całej prawdy o naszym przygotowaniu do członkostwa.
Odnoszę wrażenie, że oceny Brukseli i nasze spory publiczne idą utartym torem, nie całkiem docierając do największych wyzwań i zagrożeń. Rok temu, w nerwowej końcówce negocjacji, wypłynęła kwestia dopłat bezpośrednich jako gardłowa sprawa narodowa. I tak już zostało. Wokół tego kręci się nasza debata - czy zdążymy z systemem IACS i ewidencją działek rolnych - oraz raport Brukseli. Bo oni wiedzą, że sprawy wylansowane jako pierwszorzędne, w Polsce stają się miarą sukcesu lub porażki naszego uczestnictwa w Unii Europejskiej. W ten sposób prawie wszystko kręci się wokół pieniędzy, a Unia staje się kasą charytatywną dla narodów poszkodowanych przez Jałtę. Nie lekceważę rozliczeń finansowych i naszej zdolności absorpcyjnej. Porażka, czyli sytuacja płatnika netto w latach 2004-2005, dostarczy amunicji eurosceptykom w najbliższych wyborach parlamentarnych. Tylko na to czekają! Choćby dlatego raport Brukseli powinien być ostrzeżeniem i rozkładem jazdy na końcówkę 2003 r. oraz pierwsze półrocze 2004 roku.
Wrócę jednak do mego niepokoju o inne wymiary polskiej gotowości, zepchnięte na plan dalszy przez dopłaty rolne i fundusze pomocowe. Inne niż zdolność eksportowa naszych masarni i mleczarni. Warto pytać, na przykład, czy Polska jest gotowa sprostać wymogom zliberalizowanego, unijnego rynku energii, na którym odbiorcy przemysłowi (2004 r.) i gospodarstwa domowe (2007 r.) mają mieć swobodę wyboru źródła dostaw? Nie wystarczą formalne oznaki rynku w postaci niezależnego regulatora i teoretycznej giełdy, skoro daleka droga do energetycznego rynku z krwi i kości. Czy Polska, pod względem infrastruktury, jest przygotowana do wykorzystania szansy tranzytowej? Co, między innymi, oznacza obronę pozycji polskich portów morskich? Na ile plany restrukturyzacji górnictwa węgla, chemii ciężkiej, cukrownictwa, PKP i zbrojeniówki, zmienne i niekonsekwentne, dadzą się pogodzić z unijnymi zasadami udzielania pomocy publicznej? Jaka jest świadomość unijnego systemu certyfikacji wśród małych i średnich przedsiębiorców? To tylko kilka pytań spoza katalogu sporządzonego w roku 2003 przez urzędników z Brukseli. Jeszcze trudniejszych, bo sięgających w głąb polskiej gospodarki i jej dojrzałości do funkcjonowania w klubie najbardziej rozwiniętych krajów świata...