O piątkowej sesji wiele mówi rozpiętość notowań. Zawierała się ona w przedziale 1569-1592, czyli wyniosła 23 pkt. Gdy weźmiemy pod uwagę, że na poziomach bliskim ekstremom ceny przebywały kilka sekund, to łatwo wyliczyć, że faktyczny przedział notowań wyniósł raptem kilkanaście punktów.

Sesja wczorajsza dość ciekawie wpisuje się w obecne oczekiwania. Mówi się, na razie żartem (ale trzeba przyznać, że jest to żart należący do tych gorzkich), że mamy już tylko nieco ponad 20 sesji normalnego handlu. W rzeczywistości jest ich nieco więcej, ale te okołoświąteczne można od razu przeznaczyć "na straty". Po tym okresie ma się zacząć, zdaniem wielu, kolejne półrocze marazmu i senności. Dwa lata z rzędu z taką sytuacją mieliśmy do czynienia, więc dlaczego i tym razem nie miałoby być podobnie-

Przypomnijmy sobie, jak powątpiewaliśmy, że może się powtórzyć koszmar z 2002 r. Teraz już wiemy, że może. Trzeci raz z rzędu- Przyznam, że jeszcze jakiś czas temu także wydawało mi się to mało prawdopodobne, ale po ostatnich propozycjach podatkowych scenariusz kolejnego koszmaru graczy krótkoterminowych wydaje mi się już całkiem realny. Zwłaszcza że chyba decydenci faktycznie nie zdają sobie sprawy, że nasz rynek posiada konkurencję i "giełdowe rekiny" mogą z niego wypłynąć na szersze, bardziej przystępne wody.

Nie chodzi tu tylko o sam podatek, bo na innych rynkach się od niego nie ucieknie. Problemem jest płynność. U nas utrzymywali ją gracze indywidualni, których trzymało w Warszawie zwolnienie z podatku. Ten czynnik się wyczerpuje. Zmniejszona płynność zniechęci także innych i na rynku zostaną pasjonaci. Wtedy nawet szybkie cofnięcie podatku może nie załatwić sprawy, bo trzeba będzie nakłonić inwestorów do powrotu, na co wcale nie będą musieli mieć ochoty.