Są takie dni w roku, gdy inwestorzy na naszym rynku mogą poczuć pełnię wolności. Są takie dni, gdy podejmowane decyzje nie są "skrzywione" obserwacją sytuacji za oceanem. Są takie dni, gdy Amerykanie świętują. Nie zdarzają się one często, gdyż Amerykanie raczej nie są skorzy do świętowania równie często jak Polacy. Święto Dziękczynienia jest jednak dniem wyjątkowym.

Podczas gdy w USA większość przygotowywała się do uroczystej kolacji z indykiem w przykrej, ale mimo wszystko głównej roli, na naszym rynku popyt sobie dokazywał. Zwykle dzieje się tak, że gdy brak jest impulsów zza oceanu, rynek delikatnie się podnosi. Takie też były oczekiwania co do wczorajszej sesji. Raczej nie należało się spodziewać dynamicznych ruchów. Rzeczywiście przebieg sesji był bardzo spokojny.

Patrząc na świecę dzienną można było odnieść wrażenie, że na sesji rządził niepodzielnie popyt. Minimum sesji blisko otwarcia i maksimum blisko zamknięcia mogłyby to sugerować, ale faktycznie nie było wcale tak jednoznacznie. W połowie sesji mieliśmy do czynienia ze sporym spadkiem cen. Pocieszające jest wprawdzie to, że trwał on krótko i podaż nie znalazła wielu zwolenników, ale sam fakt sugeruje, że mimo białego koloru świecy, rynek nie jest jeszcze zbyt silny.

Kierując się jedynie wykresem cen można dojść do wniosku, że rynek ma szansę na wykreślenie formacji podwójnego dna. To pewnie także było jedną z przyczyn większej aktywności popytu. Przyznam, że na razie ten scenariusz w moim odczuciu jest mało prawdopodobny. Bardziej bym się skłaniał ku tezie, że obecna konsolidacja to trójkąt z którego wybijemy się dołem. Wątpliwości rozwieje dzisiejsza sesja, w czasie której dojdzie najprawdopodobniej do testu oporów.