"Mamy go!" - te słowa cywilnego zarządcy Irakiem są obecnie najczęściej powtarzane. Zatrzymanie byłego irackiego dyktatora było najważniejszą informacją ostatniego weekendu. Zaraz, jak się tylko pojawiła, wiadomo było, że rynki nie pozostaną wobec niej obojętne. Na posiadaczy krótkich pozycji padł blady strach. Właśnie tego trzeba było najbardziej się obawiać grając na krótko. Już w niedzielę wieczorem, gdy ruszyły notowania na rynku walutowym, widać było powiew optymizmu. Dolar w krótkim czasie zyskał około 1,5 figury wobec euro.
Wczoraj rano przed rozpoczęciem sesji wiadomo było, że rynek tokijski zakończył notowania wzrostem o ponad 3%. Kontrakty w USA sygnalizowały wzrost o ponad 2%. Wiadomo więc było, że i u nas coś się ruszy. Wątpliwości dotyczyły jednak nie tego, czy zaczniemy od wzrostu, ale co będzie się działo po otwarciu. Pamiętna druga część sesji z piątku, kiedy popyt wyraźnie opadł z sił, skłaniała do ostrożności.
Otwarcie było silne, bo 32 pkt nad piątkowym zamknięciem, ale reszta sesji z siłą nie miała nic wspólnego. Praktycznie przez cały czas, z jedną krótką przerwą, ceny spadały. Zniżka nie była dynamiczna, ale spokojna. O ataku na strefę oporu w okolicach 1630 pkt nie było mowy. Spadek był na tyle duży, że zakończenie sesji wypadło pod zamknięciem z piątku. Na indeksie nie udało się utrzymać porannej luki hossy.
Gdy cały świat się cieszył, nam wystarczyło sił jedynie na wysokie otwarcie. Nie czyni to warszawskiego rynku atrakcyjnym z punktu widzenia kupujących. Dwa kolejne dni słabszej kondycji popytu sprawiają, że mogą pojawić się obawy czy wykreślona na indeksie luka hossy nie zostanie wkrótce zakryta. Taką sytuację będzie można uznać za sygnał sprzedaży, zwłaszcza gdy zbiegnie się ona z przełamaniem wsparcia na 1560 pkt na kontraktach.