Reklama

Wraca ustawa sieciowa, która umebluje na nowo rynek OZE

Projekt ustawy, która ma uporządkować przyłączenia OZE do sieci jest na ostatniej, sejmowej prostej. Część przedstawicieli branży nadal odnosi się do niego krytycznie, nawet po zmianach zapowiedzianych przez rząd.

Publikacja: 09.02.2026 06:00

Od lat mówi się o kolejce oczekujących inwestorów do podłączenia ich projektów OZE do sieci. Problem

Od lat mówi się o kolejce oczekujących inwestorów do podłączenia ich projektów OZE do sieci. Problemem miałyby być niedoinwestowane sieci

Foto: AdobeStock

Z tego artykułu dowiesz się:

  • Jakie zmiany wnosi projekt ustawy sieciowej dotyczący przyłączeń OZE?
  • Jakie krytyczne opinie przedstawicieli branży OZE dotyczą obecnego projektu ustawy?
  • Jakie są planowane zmiany w opłatach związanych z procesem przyłączeniowym?
  • Dlaczego część branży obawia się proponowanych regulacji dotyczących czasowych zobowiązań?
  • Jakie są alternatywy i możliwe ustępstwa rządowe w sprawie obecnego projektu ustawy?

Już 10 lutego po kilkunastodniowej przerwie, sejmowe Komisje do Spraw Energii, Klimatu i Aktywów Państwowych oraz do Spraw Deregulacji wznowią prace nad projektem tzw. ustawy sieciowej. Wcześniej Ministerstwo Klimatu i Środowiska, a teraz Ministerstwo Energii pracuje nad nią już blisko rok. Po przyjęciu na początku tego roku przez Radę Ministrów, prace nad ustawą  w Sejmie miały już pójść szybko. Tak się jednak nie stało. Po pierwszym czytaniu uzgodniono, że ze względu na dużą liczbę nowych pytań, wątpliwości i uwag przedstawicieli mniejszych i średnich firm OZE, prace zostaną wstrzymane na kilkanaście dni. Na najbliższym posiedzeniu Sejmu komisje wrócą do projektu ustawy. Przerwa miała pozwolić na dalsze kuluarowe dyskusje dotyczące projektu, który zdaniem rządu ma uporządkować przyłączenia odnawialnych źródeł energii, a zdaniem części branży praktycznie zahamuje rozwój nowych OZE w Polsce. Czy udało się osiągnąć kompromis?

Foto: Parkiet

Czytaj więcej

Zima pokazała bolączki polskiego rynku gazu i pułapki, w które wpadliśmy

Dlaczego ustawa sieciowa jest potrzebna?

Od lat w debacie publicznej przewija się wątek o kolejce oczekujących inwestorów do podłączenia projektów OZE do sieci. Jak wskazuje wiceprezes Polskich Sieci Elektroenergetycznych, Konrad Purchała, należy zreformować proces przyłączeniowy, przywracając równowagę interesów między operatorami i podmiotami przyłączanymi. Dziś warunki przyłączenia są towarem podlegającym obrotowi handlowemu. – To jest wypaczenie, ponieważ zgodnie z prawem warunki przyłączenia są przez operatorów wydawane, podczas gdy coraz częściej są one „sprzedawane” przez podmioty trzecie. Zaznaczam, że nie mówimy tu o projektach przygotowywanych przez wyspecjalizowane firmy deweloperskie, które dają prawdziwą wartość dodaną – przygotowują one projekt do statusu „ready-to-build”, czyli do momentu uzyskania pozwolenia na budowę. Problemem jest sprzedawanie pliku papierów z napisem „warunki przyłączenia” – mówi.

Reklama
Reklama

Foto: Parkiet

Jak wynika z danych Ministerstwa Energii, dzisiaj mamy ponad 240 GW mocy w wydanych warunkach przyłączenia do sieci. Z tej liczby ponad 150 GW to same OZE a 90 GW to magazyny energii. W liczbie 240 GW jest 36 GW mocy w instalacjach, które już pracują, a kolejne 50 GW to inwestycje, które z dużym prawdopodobieństwem zostaną zrealizowane. – Zakładamy więc, że w wyniku reformy przyłączeniowej nawet 150 GW mocy przyłączeniowych może zostać odblokowanych dla tych inwestorów, którzy faktycznie chcą się przyłączyć i wybudować OZE czy magazyny energii. Są w Polsce podmioty, które na samą fotowoltaikę dysponują warunkami przyłączenia o mocy 30 GW. Mowa tylko o jednym podmiocie – mówi nam Wojciech Wrochna, wiceminister energii, pełnomocnik rządu ds. strategicznej infrastruktury energetycznej.

Jak rząd i PSE chcą odsiać inwestorów, którym zależy tylko na skupowaniu warunków przyłączenia? Wzrosnąć ma kwota zaliczki na poczet opłaty za przyłączenie: z 30 zł na 60 zł za każdy kilowat wnioskowanej mocy przyłączeniowej. Maksymalna kwota zaliczki wyniesie 6 mln zł. Zaliczkę będą musiały wnosić wszystkie podmioty ubiegające się o przyłączenie do sieci o napięciu wyższym niż 1 kV. Pojawi się bezzwrotna opłata za rozpatrzenie wniosku o określenie warunków przyłączenia, w wysokości 1 zł za każdy kilowat wnioskowanej mocy przyłączeniowej, jednak nie więcej niż 100 tys. zł. Dodatkowo podmioty ubiegające się o przyłączenie do sieci o napięciu powyżej 1 kV będą musiały składać zabezpieczenie, np. w formie kaucji: 30 zł za każdy kilowat mocy przyłączeniowej do 100 MW oraz 60 zł dla źródeł powyżej 100 MW. Maksymalna kwota tej kaucji to 12 mln zł. Projekt przewiduje też likwidację wymogu realizacji przyłączenia OZE w terminie 48 miesięcy od zawarcia umowy o przyłączenie. Okres ważności warunków przyłączenia skróci się z dwóch lat do roku.

Jan Sakławski, wiceprezes Polskiego Stowarzyszenia Fotowoltaiki i Magazynowania Energii mówi, że cel ustawy jest słuszny, ale instrumenty skrajnie kontrowersyjne. Jak podkreślił, intencja regulacji – eliminacja nieuczciwych inwestorów – nie budzi wątpliwości. Problemem są jednak konkretne mechanizmy zapisane w projekcie ustawy. – Wprowadzenie tzw. kamieni milowych oznacza możliwość automatycznego wygaszania umów przyłączeniowych bez realnej ścieżki odwoławczej. Decyzja o przedłużeniu terminów ma mieć charakter arbitralny, bez jasnych kryteriów. Krótkie terminy i wysokie obciążenia finansowe mogą doprowadzić do masowej wyprzedaży projektów. Małe i średnie firmy nie udźwigną tych wymogów, podczas gdy duże grupy kapitałowe – tak – dodaje.

Wiceprezes PSE odpiera zarzuty, jakoby ta ustawa działała na korzyść spółek Skarbu Państwa. – Podkreślamy, że w 100 proc. jesteśmy zainteresowani przyłączaniem do systemu nowych źródeł. Naszym celem jest przyspieszenie tego procesu, a nie jego blokowanie. Po reformie żaden inwestor nie będzie poszkodowany, o ile faktycznie chce zrealizować swój projekt – mówi wiceprezes PSE.

Czytaj więcej

W rządzie znów spór o OZE. Chodzi o ustawę sieciową
Reklama
Reklama

Ustępstwa nie zadowolą branży

Te kilkanaście dni przerwy między pierwszym a drugim czytaniem projektu ustawy miało pozwolić na zbliżenie stanowisk, ale najprawdopodobniej do tego jednak – przynajmniej na razie – nie doszło. Ministerstwo Klimatu i Środowiska, które podzielało część krytycznych argumentów branży OZE, wskazywało jeszcze na etapie prac rządu, że wyższe opłaty przy staraniu się o warunki przyłączenia oznaczają, że np. przy instalacji o mocy 125 MW wytwórca będzie zobligowany zapłacić kwotę około trzyipółkrotnie wyższą od obecnej. Są to wzrosty z 3 mln zł do nawet 10,6 mln zł. Wiceminister energii Wojciech Wrochna przyznaje, że taki wzrost kosztów jest możliwy, ale inwestor i tak będzie musiał je ponieść w obecnym stanie prawnym, tylko nieco później. – My tylko przesuwamy moment poniesienia tych kosztów, które inwestor i tak będzie musiał ponieść – z etapu umowy przyłączeniowej, na etap wcześniejszy, uzyskania warunków przyłączenia – wyjaśnia minister. – Na etapie wydania warunków przyłączenia nie są znane szczegółowe warunki zawarcia umowy, a treść jej zobowiązań może ulegać modyfikacji do momentu podpisania umowy. Bez umowy nie ma zatem jej ostatecznych elementów, zobowiązań, a więc nie ma praw nabytych – podkreśla Wrochna.

Jak się dowiadujemy, resort energii może dopuścić wydłużenie czasu na uzupełnienie zaliczek np. przez inwestorów OZE, którzy uzyskali już wcześniej warunki przyłączenia. Formą zabezpieczenia dla operatora może być dopuszczenie gotówki, jak i gwarancji jako zabezpieczenie dla PSE. – W projekcie są jeszcze miejsca na niewielkie poprawki, które pozwolą na większą elastyczność. Jeśli to poważni inwestorzy, chcący realizować inwestycje, znalezienie środków na zaliczki nie powinno być problemem. Stoimy na stanowisku, że sens ustawy i jej założenia nie powinny ulec żadnym zmianom – mówi nam wiceminister.

Takie stanowisko jest rozczarowujące dla części branży OZE. Największy problem tej regulacji – ich zdaniem – pozostaje, bo wpisano w nią nierealne terminy. – W polskiej rzeczywistości uzyskanie prawomocnego pozwolenia na budowę OZE – szczególnie dla lądowych farm wiatrowych – trwa średnio 6-7 lat, więc 3 lata to fikcja i ryzyko utraty zabezpieczenia za coś, na co inwestor nie ma żadnej kontroli. Jeśli to ma działać, terminy trzeba wydłużyć z 36 do minimum 60 miesięcy – inaczej ustawa będzie blokować projekty zamiast je przyspieszać – mówi nam dr Ewa Krasuska, dyrektor generalna Polskiej Izby Gospodarczej Energetyki Odnawialnej i Rozproszonej. Jej zdaniem dopuszczenie gwarancji jako zabezpieczenia umowy to nadal ogromny koszt finansowy. Przedsiębiorca musi zaangażować własne środki także na gwarancję, ponieważ finansowanie bankowe rozpoczyna się od etapu pozwolenia na budowę. Wydłużenie czasu na wniesienie zaliczek to zabieg praktycznie bez znaczenia. Żaden poważny i racjonalny podmiot nie zainwestuje milionowych środków w projekt na bardzo wczesnym etapie, w sytuacji, gdy w ustawie wpisano absolutnie nierealne terminy dla kamienia milowego, jakim jest prawomocne pozwolenie na budowę, pod rygorem utraty wpłaconego zabezpieczenia.

Energetyka
Próba siły między Columbusem, a wynalazczynią. Po ABW, teraz wniosek trafił do KNF
Energetyka
Giełdowy debiut zielonej spółki. Jak postrzega rynek OZE?
Energetyka
Enea rusza z budową bloków gazowych w Kozienicach
Energetyka
Mała strategia w marcu na posiedzeniu rządu
Materiał Promocyjny
AI to test dojrzałości operacyjnej firm
Energetyka
Kolejny element sporu o Saule. Columbus prosi o pomoc ABW
Energetyka
OZE na celowniku. Rośnie liczba cyberataków
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama