Ciekawe, kto chciałby mieć na łazienkowej półce rosyjskie perfumy, a w kuchni francuski kawior? Równie interesujące mogłoby być zderzenie szkockiej oliwy z oliwek i włoskiej, greckiej czy hiszpańskiej whisky. A może dobre byłoby fińskie wino i południowoafrykańska wódka albo niemiecka moda i włoskie samochody? Chyba jednak nie?!
To nie mieści się w naszym wyobrażeniu o pochodzeniu i związku tych produktów z narodami i krajami. Jak perfumy - to francuskie, jak samochody - to japońskie lub niemieckie, jak whisky - to szkocka, jak wino - to poza francuskim coraz częściej kalifornijskie, południowoafrykańskie czy australijskie. Te narody i regiony mają swoje rozpoznawalne marki. Ich kraje m.in. dzięki temu mają także swój brand.
Polityka zdolna jest do wykonywania błyskawicznych wzlotów. Natomiast przekonanie o jakości produktu i jego związku z narodem, krajem trwa o wiele dłużej i żyje swoim własnym życiem.
Polska stworzyła i wprowadziła w życie markę, której wpływ w dalszym ciągu odbija się echem w skali globalnej - markę polityczną Solidarność. Czy wykorzystaliśmy ją? Nie! Ostatnio dwa razy zakomunikowaliśmy światu o swoim istnieniu: poparciem dla USA i udziałem w wojnie w Iraku, a także sprzeciwem wobec projektu unijnej konstytucji, odchodzącej od zasad nicejskich. Czy to dobrze? Pewnie tak. Może lepiej, żeby o nas cokolwiek mówili, niż wcale.
Jednak jeśli tylko w ten sposób będziemy komunikować innym narodom o swoim istnieniu, za chwilę znowu staniemy się częścią nierozpoznawalnej szarej masy krajów postkomunistycznych, aspirujących do nowego świata. Krajów, których się nie słucha i którymi się nie przejmuje, z wyjątkiem chwil, w których stwarzają światu jakieś problemy.