Tak zaskakującą samokrytykę złożyli wczoraj w Ministerstwie Gospodarki Pracy i Polityki Społecznej przedstawiciele rządu, Sejmu i Senatu na konferencji poświęconej stanowieniu prawa gospodarczego.
Według nich, podstawową wadą współczesnego polskiego prawodawstwa jest wielka liczba regulacji prawnych - w ub.r. w Dzienniku Ustaw pojawiło się 2100 pozycji, zajmujących ok. 16,5 tys. stron. Inflacji prawa sprzyja głównie rozpowszechniona zasada tzw. resortowego tworzenia przepisów. Prowadzi ona do tego, że nie powstaje spójny, harmonijnie funkcjonujący system legislacyjny.
Bolesna diagnoza
Zdaniem wiceminister gospodarki Małgorzaty Okońskiej-Zaremby, nadmiar regulacji prawnych, ich skomplikowanie i nieczytelność osiągnęły taki stopień, że nawet sądy przestały sobie z prawem radzić. Psuciu prawa winni są również politycy, którzy co chwilę zgłaszają "nowe" inicjatywy ustawodawcze. Statystyka jest zatrważająca. - Ustawy nowelizujące stanowią w ostatnich latach ponad 70% wszystkich uchwalanych - przytoczyła wiceminister.
Okazuje się, że lawina nowelizacji nie wynika np. z konieczności dostosowania naszych przepisów do wymogów Unii Europejskiej. - Jest w znacznym stopniu konsekwencją nierzetelności w tworzeniu prawa, postawy przyzwolenia na uchwalanie aktów złych, o których tworzący je wie, że będą wymagały rychłej poprawy - stwierdziła. Według niej, prowizoryczne prawo prowadzi do pozornego rozwiązywania problemów gospodarczych i społecznych i rujnuje autorytet prawa. - Niekończące i nawarstwiające się zmiany prawa powodują nie tylko niestabilność systemu, ale sprawiają, że jest on nieczytelny - podsumowała.