Obawy co do kondycji naszego rynku, jakie pojawiły się po poniedziałkowej sesji, znalazły potwierdzenie na sesji wczorajszej. Już początek notowań sygnalizował, że z popytem nie jest dobrze. Notowania na rynku terminowym zaczęły się od spadku pod piątkowy dołek oraz, co ważniejsze, pod poziomem linii trendu opartej na szczytach ze stycznia i dołku z ostatniego piątku.

Taki początek można było uznać za sygnał sprzedaży. Sprzedających nie było jednak zbyt wielu. Dlaczego? Inwestorzy podeszli do sygnału z ostrożnością pomni tego, co się działo w piątek. Wtedy też sygnały wydawały się wyraźne i mocne, a kursy mimo to nie chciały spadać. Ba, w czasie sesji doszło do ich zanegowania. Wśród niedźwiedzi panowała obawa, że sytuacja się powtórzy i tym razem. Rozruch rynku kasowego niczego nie zmienił. Rynek tkwił w takim zawieszeniu przez dłuższy czas. Dopiero tuż przed południem niedźwiedziom zabrakło cierpliwości i doszło do ataku. Popyt nie stawiał oporu. Ceny spadły o 20 pkt w krótkim czasie. Korekta była płaska, co pozwalało przypuszczać, że dalsza część sesji także będzie spadkowa. Faktycznie. Spadek cen miał miejsce praktycznie do końca notowań.

Wydźwięk takiej sesji jest jednoznacznie negatywny. Zwłaszcza, że spadkom cen towarzyszył znaczny obrót, który potwierdzał tendencję. Są elementy, które mogą stać się pocieszeniem dla byków, ale nie są one obecnie na tyle poważne, by podejmować się gry na wzrost cen. Pierwszym takim pocieszycielem jest spadek LOP. To sygnalizuje, że spadek może być krótkotrwały. Drugim jest fakt, że ceny nie zjechały pod poziom wsparcia, jaki jest szczyt z 2 lutego. To tu miało miejsce wybicie z formacji podwójnego dna. Może teraz także pomoże bykom? Z decyzjami o kupnie warto poczekać na wyraźne sygnały. Pośpiech może być kosztowny.