Są fataliści, którzy ściągają nieszczęścia. Jeden z moich znajomych twierdzi, że grupę tę tworzy ta większość z mniejszości, która poszła do urn i wrzuciła karteczki z głosami na kandydatów SLD. Inny z moich znajomych nie jest może aż tak ostry w swoich sądach, ale i on oddał się ostatnio pasji rozsyłania SMS--ów z pytaniem: "Na jakim poziomie spotkają się notowania SLD z kursem złotego wobec euro?" Tym samym wpisał się do grona niecierpliwie oczekujących na zmiany na szczycie, o ile szczytem nazwać można zespół architektoniczny przy ulicy Wiejskiej w Warszawie. Jeżeli zaś chodzi o mnie, to mam poważny problem z wpisaniem się gdziekolwiek, a to z powodu zbyt dobrej pamięci. Bo choć nie jestem zwolennikiem obecnego układu zarządzającego Rzeczpospolitą, to jakoś trudno mi też rozmarzyć się np. nad Polską obłapianą przez chłopców z dawnego kongresu liberałów. Naprawdę lekko nie jest. Wszystko spowija jakaś chmura absurdu przypominająca kangura, opisanego jakiś czas temu przez rozkojarzonego ucznia ("Kangur ma łeb do góry, dwie krótkie przednie kończyny, dwie tylne długie. W worku ma brzuch na małego i długi ogon", oryginalne).

I tak to się kręci, czego przykładem może być chociażby ostatnie sejmowe głosowanie nad ustawą o podatku od towarów i usług oraz "prace", jakie wcześniej toczyły się wokół tego całego VAT-owania. Zresztą "prace", które wcześniej niż później trzeba będzie rozpocząć na nowo. Sam cud głosowania nad tymi uregulowaniami podatkowymi (siła argumentacji rządu była kiepściutka, toteż niektórzy członkowie rządu głosowali przeciw sobie, ku radości opozycji, która po czasie zorientowała się, że głosuje tak jak część członków rządu i uśmiech im z buź poznikał, bo nijak pojąć nie mogli, o co chodzi), to pikuś. Dużo poważniejszą sprawą jest to, co powiedział o tym prawodawstwie Witold Modzelewski, były minister finansów i ekspert od spraw podatkowych: "Od ponad pięciu lat głównym, a w zasadzie jedynym tematem, jedyną tezą powtarzaną przez polityków w dziedzinie podatków jest tylko obracanie się wokół słowa "upraszczać", "obniżać" i jeszcze "liniowy". Z tak uproszczonym (żeby nie użyć innego słowa i nikogo nie urazić) obrazem doktryny podatkowej, to my się po prostu do Unii nie nadajemy. I kiedy zderzyliśmy się z jednym zadaniem, w zasadzie z dwoma (z akcyzą i z VAT), czyli z podatkami takimi, jakie one są naprawdę, a nie takimi jak w tych bajkach opowiadanych na okrągło. No to świat polityczny okazał się bezradny. Stąd też jesteśmy skazani na ustawę złą, ale i tak musimy ją uchwalić."

I tym sposobem klasa panująca wyprodukowała kwiatek, którego tak naprawdę nikt nie chce wąchać. A i żadnej dziury tym kwiatkiem się nie zatka. Pozostał więc krzyk ratunkowy o VI Dyrektywie, której nie przestrzegamy. Tyle tylko, że w takiej atmosferze - jak komentuje ten legislacyjny bajzel cytowany już wcześniej Witold Modzelewski - nie sposób się dogadać, co jest zgodne, a co niezgodne z unijnymi dyrektywami. Być może dlatego, że podczas negocjacji przegraliśmy. Przegraliśmy pewne pola, które można było wygrać. Dzisiaj trudno znaleźć winnych. Bo albo już są w Brukseli, albo są w drodze do unijnych gabinetów i maskująco krzyczą o VI Dyrektywie...

Dość jednak narzekań. Wykorzystajmy czas (dopóki jest czas) np. na lekturę, gdyż książki zerową stawką VAT będą objęte tylko do końca 2007 roku. Sięgnijmy chociażby po "Generation P" Wiktora Pielewina: "W telewizji tymczasem pokazywano te same mordy, na których widok przez ostatnie dwadzieścia lat wszystkim robiło się niedobrze. Teraz właściciele tych mord mówili słowo w słowo to samo, za co dawniej wsadzali innych do ciupy, tylko o wiele śmielej, ostrzej i bardziej radykalnie..."